A więc siedzę sobie w Kłodzku, w mojej ukochanej Casa d'Oro i cieszę się z pięknego, pełnego śniegu dnia. To co by mnie irytowało w domu (znów padający śnieg), tutaj sprawia mi niewysłowioną nieomal przyjemność. Prawdę mówiąc chyba już z trzeci raz zabieram się, za napisanie tej notki. Miałem już nawet napisany błyskotliwy i dowcipny wstęp, ale powiązanie go dalej z ciekawie podanymi faktami szło mi mniej więcej tak, jak prostytutce praca w dewszcz. Niby wiem co chcę napisać, ale nie bardzo mi się podoba sposób w jaki to zostało zrobione.
Przypomina mi to trochę moją ostatnią wizytę u fryzjera. Prócz mycia, strzyżenia i modelowania włosów, zażyczyłem sobie pozycję z cennika, pt."Masaż głowy ...25PLN". Nie liczyłem, że wszystkie fryzjerki rzucą się na mnie, zdzierając z siebie odzież i smarując się oliwką sprawią, że jedynym świadectwem mojej bytności tam będzie noga stercząca gdzieś z ciasno splecionych ciał masujących mnie. Chociaż przyznam się szczerze, że wizja taka jest bardzo obiecująca. Liczyłem chociażby na to, że ów masaż będzie składał się z głaskania i przesyłania sobie nawzajem porozumiewawczych spojrzeń. Masaż zaś okazał się być ujeżdżaniem mojej głowy jakimś cholernie irytująco brzęczącym urządzeniem, które przesyłało wibracje na tyle delikatne, że młot pneumatyczny to tylko zabawka dla dzieciaków.
Ale do rzeczy. Dystans do Kłodzka pokonałem Mercedesem, o którym już wspominałem. Gdybym miał podsumować tę podróż jednym zwrotem, byłoby to "business-class". Powiem jedno - ja i ten Hitlermobil nie pasujemy do siebie. Człowiek, który pasuje do W211 ma 60 lat i doskonale prezentuje się w garniturze Bossa. Każdy kto jednak obejrzałby jego nieodziane ciało, szybko by na nie zwymiotował. Ja nie wiem jak prezentuje się w garniturze, bo wdziewanie na siebie uniformu to dla mnie cholernie nieprzyjemna i rzadka na szczęście czynność. Nago, cóż - nie zostałem jeszcze obdarzony czyimiś wymiocinami, więc raczej jest dobrze. Znacznie lepiej prezentuje się jednak w jeansach, skórzanej kurtce na pluszu i bluzie z krzykliwym (i wulgarnym) logo. Problem polega na tym, że gdy zaparkowałem Mercedesa na parkingu przed łódzkim Statoilem Rzgowska obok czerwonej Skody Fabii, to pewnemu dziewczęciu mocno zmodyfikowała się mina, na wysoce zdziwioną i zaskoczoną, gdy zamiast do wyrobu z Mlada Boleslav, wsiadłem do stuttgartskiego pojazdu. Wiecie co mam na myśli?
Wnętrze auta jest naprawde komfortowe i dobrze wykonane. W piątek, gdy spocząłem na tylnej kanapie i mimo maksymalnie odsuniętych foteli przednich miałem miejsce na nogi, nie byłem specjalnie zaskoczony - mimo dynamicznej linii dachu, znalazłem też miejsce by umiejscowić swoją głowę. Osobnicy wyżsi ode mnie też znajdą tam sporo miejsca - zwłaszcza, że na nogi znajduje się specjalne przetłoczenie w fotelach przednich. Z drugiej strony nie wiem jakbym się czuł mając czyjeś kolana nieomal wtłoczone w moje nerki, a więc może to wcale nie jest takie extra? Obsługa radia, klimatyzacji i nawigacji jest po prostu bajecznie prosta. Nawigacja, na szczęście nie ma na celu pozbawić Was życia w spektakularnym wypadku drogowym, chociaż czemu tu się dziwić - w końcu to Mercedes. Gdyby kierownica nie przypominała mi zidiociałego nastolatka o szczurowatej twarzy z gwieździstym pryszczem na czole, to powiedziałbym nawet coś wielkiego. Powiedziałbym, że niewiele mi tu brakuje do ideału, czyli do wnętrza BMW E38 (czyli do "siódemki" znanej z kultowego Transportera). Skoro już wpadam w narzekający ton, to irytuje mnie głos nawigacji. Mógłby być on znacznie milszy i bardziej charakterystyczny. Skoro osobnik, który czyta nazwy przystanków w warszawskim metrze potrafi poprawić mi nastrój, to chyba mam prawo tego samego wymagać od samochodu, który w 2006 roku kosztował 233 000 PLN, a w tej chwili komis wycenia je na 124 000 PLN.
Jeśli chodzi o silnik, to turbodiesel o sześciu cylindrach w układzie V to jedna z tych jednostek, które naprawdę zaskakują. To nie jest stary diesel, który klekotem przyprawiał wszystkich dookoła o migrenę i był używany jako myśliwski wabik na czaple. Ten wydaje jednorodny, kulturalnie burczący miękki dźwięk, który nie dość, że nie przeszkadza to jeszcze w każdej chwili daje Wam gwarancję, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Wyprzedzanie jest przyjemnością i powiem szczerze, że łatwo się przyzwyczaić do tego, że część podróży po drogach jednopasmowych spędzacie na przeciwnym pasie ruchu. O tym, że cała podróż jest pokonywana w prędkościach mandatowych nawet nie wspomnę, bowiem to jest oczywiste. Auto ma dwoistą naturę - do 140-150 km/h jest sprinterem, a później już tylko stukając się lekko w głowę spełnia Wasz pęd do prędkości. Pochwale się, mimo że nie ma za bardzo czym. Po zjeździe z trasy piotrkowskiej na "autostradę" A1 miałem pustą drogę i wielką chęć sprawdzić ile wycisnę. Po raz pierwszy w 2009 roku, na polskiej drodze wycisnąłem ponad dwie stówki. Dokładniej miałem siódmy bieg i 237 km//h...
Właśnie skrzynia biegów. Klasyczny automat, czyli nic specjalnego, ale ma siedem biegów, które pozwalają w pełni wykorzystać kolosalny moment obrotowy i nie obciążyć zanadto Waszego portfela. Gdy chciałem za Częstochową wyprzedzać przy 110 km/h, auto zredukowało o cztery przełożenia, a ja poczułem się jakby leniwy diesel stał się nagle pociskiem Tomahawk. Jeśli jednak go nie poganiać - auto jedzie jak trzeba. Leniwie i z pełną majestatu godnością. Jeśli nie chcecie tym autem wykonywać sprintów pod światłami jest bosko. Jeśli wyprzedzacie - jest cudownie. Niestety... spróbowałem pojechać bokiem (przecież to jest tylnopędówka, do diaska!) i było tragicznie. Nie ma się też co autu wtrącać do zmieniania biegów - robi to w najlepszy sposób, a wszelkie próby wywołania dynamiczniejszych reakcji, przez zmiany biegów spowodują, że auto po prostu nie bedzie wiedziało co robić. Co do próby jazdy bokiem, to auto albo płuży pod kątem prostym do osi drogi, albo jedzie prosto. Nie ma nic pomiędzy, a i skrajne ustawienie auta bokiem trwa sekundę, gdy niewyłączalne ESP po prostu kastruje Wam nawet tę namiastkę fajnej jazdy.
Auto służy do jazdy, a nie do zabawy... Funkcjonalność do bólu.
Najwięcej zastrzeżeń jednak mam do układu kierowniczego. Auto ma wiele wspólnego z Mercedesem W116, którego zabrałem pod Poznań, by oddać się pasji fotografowania cudów inżynieryjnej magii stworzenia. Kręcicie kierownicą, a auto po chwili zmienia Wam z majestatycznym ociąganiem krajobraz przed oczyma. Ja odniosłem wrażenie, że po prostu wszystkie manewry kierownicą, są przesyłane do Stuttgartu, gdzie je przetwarzają, zapisują i katalogują i odsyłają Waszemu Hitlermobilowi stosowny sygnał do kół. Bardzo silnie odczuwałem w nim syndrom rodem z francuskich samochodów, gdzie elektronika odcina nas od kół. Zapomnijcie o walce o miejsce parkingowe pod marketem, czy też o skutecznej i szybkiej kontrze. Po prostu należy o tym zapomnieć.
Kłodzko jest jednym z tych miejsc, w których ładuję swoje akumulatory. Raz do roku, wpadam tu na weekend i chłonę to miejsce. Jeżdżę po całej okolicy - drogi są przecież prawdziwym wyzwaniem dla kierowcy i samochodu, gdy będziecie bawili się na tych szykanach z prędkością ciut ponad zdroworozsądkową. A do tego te widoki. Na starówce zaś po prostu chodzę, błyszczę i tyle... Jestem po prostu. Ostatnia moja samotna wizyta tutaj to był jeden wielki koszmar, który obawiałem się, że zepsuje mi frajdę z późniejszego przyjeżdżania tutaj. Podróż miała być ekscytującą przygodą, lecz dostarczyła mi emocji podobnie pozytywnie podniecających co poparzenia drugiego stopnia. Co z tego, że miałem pod nogą ponad 500KM, które w dodatku nie były moje i nie musiałem się nimi przejmować? Co z tego, że jechałem zrobić pomysłową sesję fotograficzną, na potrzeby mojego przyjaciela, który w swój samochód wpakował pieniądze na studia dla swoich dzieci? Co z tego wreszcie, że był to pierwszy Chevrolet Corvette, w historii istnienia modelu, który nie miał problemów z pokonywaniem wirażu i na codzień służy mojemu węgierskiemu przyjacielowi, do upuszczania testosteronu na torze Nurburing? To auto było koszmarem. Do jasnej cholery, to była wersja targa! Po prostu jeden wielki koszmar, przez całą drogę zakładałem i zdejmowałem dach (brak klimatyzacji) chyba z trzy razy, jak i nie pięć. Raz wiało, potem upał, potem zimno, potem znów upał, dalej zaczęło lać, wiać i było cholernie zimno, a potem znów upał robił ze mnie skwarka na patelni. Krótko mówiąc uroki polskiej, lipcowej aury, która potrafiła doszczętnie zdruzgotać odczucia z jazdy supersamochodem. Potem musiałem nocować w jednym z dziwniejszych hoteli na świecie. Nazywa się Marhaba i omijajcie go z daleka. Doskonałe połączenie cygańskiego gustu z PRLowską przaśnością. A potem jeszcze nie mogłem zrobić zdjęć, dla których tam się przewiozłem, bowiem urząd miasta cofnął mi zgodę na wtoczenie samochodu na zabytkowy most łączący starówkę z resztą miasta. No i w dodatku, policjant który przekazał mi ową informację obdarował mnie jeszcze mandatem za obrazę policjanta na służbie, czy za podobną irracjonalną bzdurę. Nauczyło mnie to jednego. Powiedzenie policjantowi co się myśli o jego kapryśnych jak baleriny włodarzach z użyciem wulgarnego słownictwa kosztuje 250 PLN. Rozładowanie napięcia wewnętrznego - jest bezcenne.
Tym razem jest lepiej. Dużo lepiej. Odpoczywam i jestem rozluźniony i wiecie co? W211 mimo swego taksówkarskiego charakteru miał w tym spory udział.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mercedes W116. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mercedes W116. Pokaż wszystkie posty
Autor:
Chief D vel Dariusz
o
17:01
Etykiety:
BMW E38,
Casa d'Oro,
Chevrolet Corvette C5,
Kłodzko,
masaż głowy,
Mercedes,
Mercedes E320 CDi,
Mercedes W116,
przemyślenia
Uwaga: Poniższa notka jest oparta o przemyślenia z niedzieli, 8 lutego i ze względu na braki czasowe dopracowałem ją właśnie teraz.
W przeciągu minionego weekendu przyszło mi przejechać przeszło 900km drogami województw łódzkiego, kujawsko-pomorskiego i wielkopolskiego. Najpierw moją ślicznotką dowiozłem się do Inowrocławia - by odebrać tam wcześniej wspominanego Mercedesa W116, a następnie ruszyłem do Przeźmierowa, by w bliskości Toru Poznań zrealizować zamiary fotograficzne. Potem wieczorny wypad na krewetki do Papavero w Poznaniu (polecam...), powrót do hotelu, i znów kolejna sesja rano i po sjeście droga z powrotem do Inowrocławia, a potem do domu. Nie goniły mnie żadne terminy, nie spinała mnie żadna osoba, która z prawego fotela uzurpowałaby sobie prawo do dyktowania tempa, czy sposobu jazdy. Miałem więc czas i sposobność by jechać po swojemu, oddając się niezdrowej pasji podglądania bliźnich. I powiem, że znalazłem kolejne argumenty na to, że po polskich drogach trzeba jeździć powoli i mając oczy dookoła głowy.
Prawda jest taka, że po Polsce jeżdżę powoli. Nieprzepisowo, ale często wzbudzam złość przedstawicieli handlowych, jadąc 90 km/h, tam gdzie oni 130 uważają za stratę czasu. Jeżdżę nieprzepisowo, bo ten który odpowiada za rozstawianie znaków ograniczenia jest skończonym idiotą. Dajcie mi do rąk władzę w tym kraju, a będzie to pierwszy osobnik, stracony w rytualnym mordzie na ofiarę inteligencji. Trzy razy w zeszłym roku grubo przekroczyłem przepisy, jadąc nierozsądnie szybko. Za pierwszym razem w środku nocy mocno depnąłem w pedał, na zupełnie pustej łódzkiej Aleji Jana Pawła II, w Audia A8 mając 230 km/h. Drugim razem wracając z Toru Poznań na autostradzie wielkopolskiej docisnąłem BMW E90 M3, aż do odcięcia. Trzecim razem, w fali przedświątecznych szaleństw na małopolskiej autostradzie docisnąłem pedał w Fordzie Focusie do 220 km/h. Za każdym razem na drodze było pusto, nie miałem żadnych ulic podporządkowanych, a widząc przed sobą światła innych użytkowników drogi, po prostu hamowałem.
Polscy kierowcy są inni. Abstrahując od tego, że są idiotami. Ale są po prostu inni. Po pierwsze nie dorośliśmy kulturą na drodze do posiadania samochodów. Czepiam się? Nie dalej jak półtora miesiąca temu przeżyliśmy święta Bożego Narodzenia. Czas pokoju i miłości, niesienia bliźnim radosnej nowiny, czas uśmiechu i mitu grubego pedofila w czerwonym wdzianku i z białą brodą. Na zachodzie ludzie są jeszcze bardziej mili w tym okresie. Nawet na drogach - serio, mniej trąbienia - więcej pozdrowień i wpuszczania z podporządkowanej. A w Polsce? Im bliżej marketu tym głośniejsze trąbienie, a i gdzieniegdzie da się usłyszeć wiązanki okolicznościowe. Jedynymi pozdrowieniami są szydercze uśmiechy, środkowy palec i gest Kozakiewicza. W Krakowie, gdy niedaleko Galerii Krakowskiej wpuściłem gościa z podporządkowanej, który z dobre 2 minuty kwitł w oczekiwaniu na lukę, wysiadł do mnie z bluzgami kierowca Tico. Miał kapelusz na głowie i krzyczał, że on nie ma czasu, że sobie nie życzy itd., a potem i tak stał dalej w korku i tak. Tyle chamstwa, bezmyślności i brawury, nie widać na drogach poza Polską. Co tu się zresztą dziwić.
Brałem udział w KJSie organizowanym przez stołeczne środowisko. Jako, że rozgrywał się on na Karowej - legendarnej Pani polskich odcinków rajdowych, do zmagań dopuszczono tylko kierowców licencjonowanych. Znalazłem się więc w gronie fajnych, rozsądnych i umiejących jeździć i czerpać z tego frajdę ludzi. Wszyscy przyjechali na zamkniętą drogę, nie tylko zmierzyć się ze sobą nawzajem, ale i rozładować moto-emocje. Marcin Zachowicz, czy Piotrek Dąbrowski w Porsche 911, czy Michał Głowa w Camaro - że przypomnę nazwiska ludzi z mojej grupy RWD 2000+ - to ludzie z umiejętnościami i zdrowym podejściem. Żadnego upalania. Gdy Karowa była wyłączona i dostępna dla zawodników, dawali z siebie wszystko - potem tylko już pakowali się, spokojnie rozmawiając i wspominając przeżyte emocje. Wpadło na jeszcze nie otwartą do końca dla ruchu drogę dwóch idiotów - Calibra i E30... Jeden zgubił zderzak na ślimaku, a drugi na wylocie zeń władował się kufrem w bandę z opon, których jeszcze nie zdążono uprzątnąć. Idioci - po klasycznym kursie prawa jazdy, którzy chcieli pokazać "jak się jeździ" - a byli typowymi polskimi kierowcami. Niezdolnymi do opanowania auta przy 70 km/h.
Ja nie wymagam od kierowców na drodze cudów, pokroju łamania się rękawem do zakrętu, czy pomagania sobie przy manewrowaniu uślizgami. Ja po prostu oczekuję od nich tego, by tak obsługiwali dźwignie w pojeździe, ruszając nimi w odpowiedniej chwili i kolejności, by gładko sunąć przed siebie, bez rozganiania pieszych na przejściach. By patrzeć przed siebie i uważać na to co się dzieje.
Obserwacje jakie poczyniłem, doprowadziły mnie do naprawdę fenomenalnych ewenementów, nawet na polską skalę. Najpierw facet w Fordzie Transicie - dużym, wysokim aucie, zza kierownicy którego naprawdę dużo się widzi. Takim właśnie samym jak on, tyle że maksymalnie przedłużonym i podwyższonym i w blaszaku zrobiłem dobre kilka tysięcy kilometrów. I cały czas widziałem wszystko przed sobą na przynajmniej sto metrów przed siebie. PRZYNAJMNIEJ. Ten gościu nie widział nic - powyżej 15 cm przed maską. W związku z tym wszystko było dlań niespodzianką. Auta na drodze podporządkowanej, dziury, auta jadące z naprzeciwka, itp. Facet przez to co rusz dawał po hamulcach, nieomal stawiając kolumbrynę w poprzek drogi. Gdy próbowałem go wyprzedzić, przyznam się, że musiałem mocno pogonić klasycznego W116 do jazdy. Ów kierowca miał po prostu kaprys jechać wówczas środkiem drogi, tak że w szerokim Hitlermobilu poczułem mocno chłodny dreszcz na plecach...
Drugą osobliwością, był jadący Mitsubishi Coltem gość, który cierpiał na mocny przerost. Auto, gdy się doń zbliżyłem okazało się wersją CZT - "fenomenem" sprzedażowym, który znalazł w Polsce aż 11 nabywców. Ten bardzo entuzjastycznie był nastawiony do pojazdu i samej jazdy. Wydawało mu się jednak, że jechał EVO-lutionem Lancera, a wąska droga zamiast pod Koninem, znajduje się gdzieś na odcinkach serii WRC, a on przynajmniej jest Hołowczycem, jeśli nie Sainzem, czy Gronholmem. Jechałem CZT na torze SPA i auto po prostu kładło się na zakrętach jak francuski dostawczak. Po prostu tragedia - na drodze było tak samo. Jednak facet jakby nie czuł podsterowności auta. Miało się wrażenie patrząc na niego, że po prostu chce sprawdzić, na którym z wiraży auto pojedzie na wprost, bo z dziwną furią wciskał gaz u wejścia do zakrętu, by na prostej zwalniać. Gdy zaś go wyprzedziłem dostał książkowego przykładu moto-furii. Natychmiast sprężył swoje wątłe muskuły do dzieła i cztery razy próbował mnie wyprzedzić. Nie patrząc na ruch z naprzeciwka, albo po prostu go nie biorąc pod uwagę. Wolałem po prostu zjechać na pobocze i odczekać przez papierosa, by on mógł odebrać swoją "wyższość".
Jak włączacie się do ruchu na autostradach? Ja po prostu wjeżdżam na pas awaryjny, rozpędzam się do prędkości innych aut i gładko wślizguje się do ruchu, nie wywołując spowolnienia tempa. Numer trzeci z moich obserwacji, należał do adeptów innej szkoły tej sztuki drogowej. Owa pani stała najpierw około minuty na wylocie zjazdu i widząc jak perlisty pot, zraszający jej czoło, pozbawiał ją warstwy make-upu i domyślając się, iż rybio otwarte usta po prostu łakną tlenu, nie pośpieszałem jej. Zero trąbienia, zero mrugania światłami, nawet nie złorzeczyłem. Domyślam się, że zajmujący całe lusterko dziób W116 wystarczająco ją mobilizował. W końcu usłyszałem dziki wrzask 'Banzai' i kobieta wpasowała się w wolną przestrzeń za TIRem na ukraińskich tablicach. Obserwacja jej poczynań nieomal dowiodła mi, że manewr włączenia się do ruchu jest takim wyzwaniem, jak przetrwanie jednego dnia, bez pokazania się na wizji, dla Joli Rutowicz, czy posiadaczki niezwykle wysoce ujemnego współczynnika IQ - Dody.
Mógłbym opowiadać i mnożyć przypadki dalej, mniej więcej do przyszłej wiosny, ale schemat jest jeden. Przeciętny polak za kierownicą po prostu nie potrafi prowadzić, a jeśli już ma chociaż podstawy umiejętności powożenia mechanicznego, to okazanie odrobiny uprzejmości i myślenia na drodze, przerasta jego możliwości. Zaczynam się więc zastanawiać, czy kandydaci na prawo jazdy, są tak drobiazgowo sprawdzani pod kątem zaznaczania punktu A, B, C lub D w teście wyboru, znajomości ustawiania lusterek i używania hamulca ręcznego na każdym kroku, że nie starcza czasu na sprawdzenie, czy w ogóle potrafią prowadzić samochód?
No i teraz powinienem opowiadać się za surowszymi wymogami egzaminów na prawo jazdy, mandatami z trzycyfrową ilością punktów karnych i powtórkami egzaminów, co 2-3 lata. Ale nie. Wystarczy, że zamiast fotoradarów, ustawimy snajperów. Za każdy przejaw braku umiejętności i myślenia na drodze - kula w łeb. Zanim będzie za późno.
W przeciągu minionego weekendu przyszło mi przejechać przeszło 900km drogami województw łódzkiego, kujawsko-pomorskiego i wielkopolskiego. Najpierw moją ślicznotką dowiozłem się do Inowrocławia - by odebrać tam wcześniej wspominanego Mercedesa W116, a następnie ruszyłem do Przeźmierowa, by w bliskości Toru Poznań zrealizować zamiary fotograficzne. Potem wieczorny wypad na krewetki do Papavero w Poznaniu (polecam...), powrót do hotelu, i znów kolejna sesja rano i po sjeście droga z powrotem do Inowrocławia, a potem do domu. Nie goniły mnie żadne terminy, nie spinała mnie żadna osoba, która z prawego fotela uzurpowałaby sobie prawo do dyktowania tempa, czy sposobu jazdy. Miałem więc czas i sposobność by jechać po swojemu, oddając się niezdrowej pasji podglądania bliźnich. I powiem, że znalazłem kolejne argumenty na to, że po polskich drogach trzeba jeździć powoli i mając oczy dookoła głowy.
Prawda jest taka, że po Polsce jeżdżę powoli. Nieprzepisowo, ale często wzbudzam złość przedstawicieli handlowych, jadąc 90 km/h, tam gdzie oni 130 uważają za stratę czasu. Jeżdżę nieprzepisowo, bo ten który odpowiada za rozstawianie znaków ograniczenia jest skończonym idiotą. Dajcie mi do rąk władzę w tym kraju, a będzie to pierwszy osobnik, stracony w rytualnym mordzie na ofiarę inteligencji. Trzy razy w zeszłym roku grubo przekroczyłem przepisy, jadąc nierozsądnie szybko. Za pierwszym razem w środku nocy mocno depnąłem w pedał, na zupełnie pustej łódzkiej Aleji Jana Pawła II, w Audia A8 mając 230 km/h. Drugim razem wracając z Toru Poznań na autostradzie wielkopolskiej docisnąłem BMW E90 M3, aż do odcięcia. Trzecim razem, w fali przedświątecznych szaleństw na małopolskiej autostradzie docisnąłem pedał w Fordzie Focusie do 220 km/h. Za każdym razem na drodze było pusto, nie miałem żadnych ulic podporządkowanych, a widząc przed sobą światła innych użytkowników drogi, po prostu hamowałem.
Polscy kierowcy są inni. Abstrahując od tego, że są idiotami. Ale są po prostu inni. Po pierwsze nie dorośliśmy kulturą na drodze do posiadania samochodów. Czepiam się? Nie dalej jak półtora miesiąca temu przeżyliśmy święta Bożego Narodzenia. Czas pokoju i miłości, niesienia bliźnim radosnej nowiny, czas uśmiechu i mitu grubego pedofila w czerwonym wdzianku i z białą brodą. Na zachodzie ludzie są jeszcze bardziej mili w tym okresie. Nawet na drogach - serio, mniej trąbienia - więcej pozdrowień i wpuszczania z podporządkowanej. A w Polsce? Im bliżej marketu tym głośniejsze trąbienie, a i gdzieniegdzie da się usłyszeć wiązanki okolicznościowe. Jedynymi pozdrowieniami są szydercze uśmiechy, środkowy palec i gest Kozakiewicza. W Krakowie, gdy niedaleko Galerii Krakowskiej wpuściłem gościa z podporządkowanej, który z dobre 2 minuty kwitł w oczekiwaniu na lukę, wysiadł do mnie z bluzgami kierowca Tico. Miał kapelusz na głowie i krzyczał, że on nie ma czasu, że sobie nie życzy itd., a potem i tak stał dalej w korku i tak. Tyle chamstwa, bezmyślności i brawury, nie widać na drogach poza Polską. Co tu się zresztą dziwić.
Brałem udział w KJSie organizowanym przez stołeczne środowisko. Jako, że rozgrywał się on na Karowej - legendarnej Pani polskich odcinków rajdowych, do zmagań dopuszczono tylko kierowców licencjonowanych. Znalazłem się więc w gronie fajnych, rozsądnych i umiejących jeździć i czerpać z tego frajdę ludzi. Wszyscy przyjechali na zamkniętą drogę, nie tylko zmierzyć się ze sobą nawzajem, ale i rozładować moto-emocje. Marcin Zachowicz, czy Piotrek Dąbrowski w Porsche 911, czy Michał Głowa w Camaro - że przypomnę nazwiska ludzi z mojej grupy RWD 2000+ - to ludzie z umiejętnościami i zdrowym podejściem. Żadnego upalania. Gdy Karowa była wyłączona i dostępna dla zawodników, dawali z siebie wszystko - potem tylko już pakowali się, spokojnie rozmawiając i wspominając przeżyte emocje. Wpadło na jeszcze nie otwartą do końca dla ruchu drogę dwóch idiotów - Calibra i E30... Jeden zgubił zderzak na ślimaku, a drugi na wylocie zeń władował się kufrem w bandę z opon, których jeszcze nie zdążono uprzątnąć. Idioci - po klasycznym kursie prawa jazdy, którzy chcieli pokazać "jak się jeździ" - a byli typowymi polskimi kierowcami. Niezdolnymi do opanowania auta przy 70 km/h.
Ja nie wymagam od kierowców na drodze cudów, pokroju łamania się rękawem do zakrętu, czy pomagania sobie przy manewrowaniu uślizgami. Ja po prostu oczekuję od nich tego, by tak obsługiwali dźwignie w pojeździe, ruszając nimi w odpowiedniej chwili i kolejności, by gładko sunąć przed siebie, bez rozganiania pieszych na przejściach. By patrzeć przed siebie i uważać na to co się dzieje.
Obserwacje jakie poczyniłem, doprowadziły mnie do naprawdę fenomenalnych ewenementów, nawet na polską skalę. Najpierw facet w Fordzie Transicie - dużym, wysokim aucie, zza kierownicy którego naprawdę dużo się widzi. Takim właśnie samym jak on, tyle że maksymalnie przedłużonym i podwyższonym i w blaszaku zrobiłem dobre kilka tysięcy kilometrów. I cały czas widziałem wszystko przed sobą na przynajmniej sto metrów przed siebie. PRZYNAJMNIEJ. Ten gościu nie widział nic - powyżej 15 cm przed maską. W związku z tym wszystko było dlań niespodzianką. Auta na drodze podporządkowanej, dziury, auta jadące z naprzeciwka, itp. Facet przez to co rusz dawał po hamulcach, nieomal stawiając kolumbrynę w poprzek drogi. Gdy próbowałem go wyprzedzić, przyznam się, że musiałem mocno pogonić klasycznego W116 do jazdy. Ów kierowca miał po prostu kaprys jechać wówczas środkiem drogi, tak że w szerokim Hitlermobilu poczułem mocno chłodny dreszcz na plecach...
Drugą osobliwością, był jadący Mitsubishi Coltem gość, który cierpiał na mocny przerost. Auto, gdy się doń zbliżyłem okazało się wersją CZT - "fenomenem" sprzedażowym, który znalazł w Polsce aż 11 nabywców. Ten bardzo entuzjastycznie był nastawiony do pojazdu i samej jazdy. Wydawało mu się jednak, że jechał EVO-lutionem Lancera, a wąska droga zamiast pod Koninem, znajduje się gdzieś na odcinkach serii WRC, a on przynajmniej jest Hołowczycem, jeśli nie Sainzem, czy Gronholmem. Jechałem CZT na torze SPA i auto po prostu kładło się na zakrętach jak francuski dostawczak. Po prostu tragedia - na drodze było tak samo. Jednak facet jakby nie czuł podsterowności auta. Miało się wrażenie patrząc na niego, że po prostu chce sprawdzić, na którym z wiraży auto pojedzie na wprost, bo z dziwną furią wciskał gaz u wejścia do zakrętu, by na prostej zwalniać. Gdy zaś go wyprzedziłem dostał książkowego przykładu moto-furii. Natychmiast sprężył swoje wątłe muskuły do dzieła i cztery razy próbował mnie wyprzedzić. Nie patrząc na ruch z naprzeciwka, albo po prostu go nie biorąc pod uwagę. Wolałem po prostu zjechać na pobocze i odczekać przez papierosa, by on mógł odebrać swoją "wyższość".
Jak włączacie się do ruchu na autostradach? Ja po prostu wjeżdżam na pas awaryjny, rozpędzam się do prędkości innych aut i gładko wślizguje się do ruchu, nie wywołując spowolnienia tempa. Numer trzeci z moich obserwacji, należał do adeptów innej szkoły tej sztuki drogowej. Owa pani stała najpierw około minuty na wylocie zjazdu i widząc jak perlisty pot, zraszający jej czoło, pozbawiał ją warstwy make-upu i domyślając się, iż rybio otwarte usta po prostu łakną tlenu, nie pośpieszałem jej. Zero trąbienia, zero mrugania światłami, nawet nie złorzeczyłem. Domyślam się, że zajmujący całe lusterko dziób W116 wystarczająco ją mobilizował. W końcu usłyszałem dziki wrzask 'Banzai' i kobieta wpasowała się w wolną przestrzeń za TIRem na ukraińskich tablicach. Obserwacja jej poczynań nieomal dowiodła mi, że manewr włączenia się do ruchu jest takim wyzwaniem, jak przetrwanie jednego dnia, bez pokazania się na wizji, dla Joli Rutowicz, czy posiadaczki niezwykle wysoce ujemnego współczynnika IQ - Dody.
Mógłbym opowiadać i mnożyć przypadki dalej, mniej więcej do przyszłej wiosny, ale schemat jest jeden. Przeciętny polak za kierownicą po prostu nie potrafi prowadzić, a jeśli już ma chociaż podstawy umiejętności powożenia mechanicznego, to okazanie odrobiny uprzejmości i myślenia na drodze, przerasta jego możliwości. Zaczynam się więc zastanawiać, czy kandydaci na prawo jazdy, są tak drobiazgowo sprawdzani pod kątem zaznaczania punktu A, B, C lub D w teście wyboru, znajomości ustawiania lusterek i używania hamulca ręcznego na każdym kroku, że nie starcza czasu na sprawdzenie, czy w ogóle potrafią prowadzić samochód?
No i teraz powinienem opowiadać się za surowszymi wymogami egzaminów na prawo jazdy, mandatami z trzycyfrową ilością punktów karnych i powtórkami egzaminów, co 2-3 lata. Ale nie. Wystarczy, że zamiast fotoradarów, ustawimy snajperów. Za każdy przejaw braku umiejętności i myślenia na drodze - kula w łeb. Zanim będzie za późno.
Autor:
Chief D vel Dariusz
o
12:11
Etykiety:
Ford Transit,
Karowa,
kultura jazdy,
Mercedes 450 SEL,
Mercedes W116,
Mitsubishi Colt CZT,
Papavero,
przemyślenia
Więc tak: Nie udało mi się niestety znaleźć więcej czasu by na spokojnie przenieść ostatnie przemyślenia na internet. Tkwią gdzieś na fiszkach jako luźne zapiski, konspekty "felietonów" - sądzę, że w weekend będę miał więcej czasu i podzielę się z Wami swoimi (mniej, lub bardziej) genialnymi przemyśleniami.
Jak na razie, jako że zamknąłem już etap przygotowań do konkursu wrzucam kilka zdjęć, których ni jak nie udało mi się zmieścić do prospektu. Oczywiście w roli głównej W116 - zdjęcia z zeszłego weekendu, gdy jeszcze dało radę znaleźć miejsca bez śniegu i mieć słońce nad głową.




I powiedzcie sami, czyż kiedyś nie robili lepszych samochodów?
Jak na razie, jako że zamknąłem już etap przygotowań do konkursu wrzucam kilka zdjęć, których ni jak nie udało mi się zmieścić do prospektu. Oczywiście w roli głównej W116 - zdjęcia z zeszłego weekendu, gdy jeszcze dało radę znaleźć miejsca bez śniegu i mieć słońce nad głową.




I powiedzcie sami, czyż kiedyś nie robili lepszych samochodów?
Wczoraj przytrafiło mi się otrzymać e-maila. Znaczy otrzymuję całkiem sporo korespondencji elektronicznej, więc to tak naprawdę nothing special, ale ów mail przykuł moją uwagę. Praca w Francorchamps wyrobiła mi sporo różnych znajomości, w tym i z domem aukcyjnym, który specjalizuje się w obrocie samochodami zabytkowymi. Od aut sprzed stulecia, aż po całkiem rześkie youngtimery. Oferta szczegółowo i z pietyzmem przygotowana, dla wymagających koneserów. Coś takiego w Polsce nie miałoby racji bytu, bowiem nawet celebryci nie mają tutaj gustu. O gwiazdach nie mówię, bo na Gajosie chyba się panteon gwiazd skończył. Ale nie o polskich przebłyskach sceniczno-muzycznych chciałem mówić. Więc otrzymałem mail od szefa ich działu marketingu, że przed miesiącem zorganizowali konkurs, w którym chcieliby jednak bym wziął udział. Szkoda tylko, że informują mnie na 4 dni przed jego zakończeniem. Ale konkurs naprawdę niezły. Nagroda atrakcyjna - w sensie nie materialnym, ale uważam że branie udziału w redagowaniu albumu o autach z lat 70. fajnie może wyglądać w CV. Do tego fajna i niebanalna forma. Trzeba się więc spiąć... I spróbować swoich sił.
Przy kilku obostrzeniach. Praca ma mieć formę elektroniczną, ale pozwalajacą na bezpośredni druk - żadnych więc makiet, czy innych chochlików, które na sprężynce wyskoczą z pudełka, tudzież filmów montowanych domowymi sposobami i wrzucanych na youtube - co jest niezwykle modną formą teraz... Ma to być prospekt reklamujący wybrany przez siebie samochód, przy czym ma to być auto z lat 70., wyprodukowane w Europie, kosztujące obecnie maksymalnie 7 500 euro, a no i zdjęcia tak samo jak i tekst muszą być własnego autorstwa. Żadnego więc ściągania materiałów z internetu. Brzmi fajnie... Więc mam najbliższy deadline na 10 lutego. I kilka asów w rękawie.
Najważniejszą rzeczą jest wybranie samochodu, który nie dość, że będzie spełniał wymagania konkursowe, to jeszcze będzie dostępny dla mnie. No i rzecz jasna musi być autem, które mnie się będzie podobało. Od razu więc odrzuciłem auta z Francji. Naród odpowiedzialny za Renault Avantime, Citroena C6 i Peugeota 206 nie należy do grona europejskich producentów. Ich samochody: nie były piękne (poza Citroenem DS), nie były funkcjonalne (poza Peugeotem 307SW), ani dobrze nie jeździły (poza Renault 5 Alpine Turbo). Polskie cuda techniki, wraz z radzieckimi i czeskimi poszły także w odstawkę - to ma być materiał nie dla fanatyków, ale dla normalnych ludzi.
Przegląd lat 70. w moto-Europie został mi więc bardzo ułatwiony. Alfa Romeo? Owszem mimo nawiązań do Passata, jest pięknym samochodem - ale znaleźć taka w Polsce to cud. Fiat? 500 została obrzydzona wszystkim przez nowy model, więc nie chciałbym dostać kurierem torby z wymiocinami. X1/9 - bardzo fajny samochód, szkoda tylko ze jedyny znany mi w okolicy został przed miesiącem zaatakowany przez agresywna latarnię, która wyrosła na środku pustej drogi. 127 - nie oszukujmy się, mam przecież trochę tekstu tam do napisania, a o tym aucie można napisać tylko tyle, że było i dało bazę dla Zastavy, czyli motoryzowania Jugosławii. Mini? Dam sobie rękę obciąć, że Mini Mark III zostanie wzięty na tapetę, przez jakiegoś zniewieściałego typka, który pewnie nie napisze o jego fenomenalnych własnościach jako auta wyczynowego, ale będzie stwierdzał, że to auto jest trendy, jazzy i niewątpliwie sexy. Nie chcę by moi belgijscy przyjaciele zaczęli okupywać tyłami ściany, w moim towarzystwie. BMW? Fenomenalne E3 i genialne E12 - przy tym niestety zero szans na załatwienie auta na sesję. Ford? Capri Mk I i Escort Mk I. Pierwszy to chyba większy ewenement niż uśmiech serdeczności na twarzy Kaczyńskich. A drugi, jest świetny, ale ma go tylko jedna znana mi osoba - ten który w Poznaniu Nissanem jeździ PO LODY. Wolę więc sobię odciąć rękę, niż płaszczyć się przed "gwiazdą".
Gdy tak zacząłem skreślać jeden pomysł po drugim, zrobiłem zestawienie aut w zasięgu. I tu poszło łatwo. Wybór był prosty - zwycięzca musi zostać wyłoniony spomiędzy Jaguara XJ6 Mk I i Mercedesa W116 450 SEL 6.9. I tu wychodzi mój as z rękawa.
Szef działu marketingu organizatorów konkursu, czyli główny zapewne juror w konkursie, prócz wielu skrytych dewiacji, ma jedną jawną - kocha Hitlermobile. Przyjeżdżał na wszystkie możliwe classic spoty i track days 300 SL Roadsterem, w idealnym nieomal stanie. Umówiłem się więc już na sobotę z posiadaczką (tak dobrze widzicie - kobieta, która lubi powiew starzyzny) owego cuda, na to, że porwę jej monstrum i wywlokę gdzieś na sesję zdjęciową. Abym jednak nie nawalił swoich uszczypliwości w tekście prospektu, wyżyję się na nim tutaj.
Wyobraźcie sobie, że mamy rok 1977 i jesteście kochającym piwo i wurst Niemcem z RFN, mieszkającym w stolicy. Wiadomo, Bonn zobowiązuje - więc pędzicie z dumą po drodze swoim nowiuśkim, srebrnym Volkswagenem Golfem I GTI, a wyprzedzony przez Was po drodze Kadett, czy NRDowski Wartburg 353 po prostu doprowadzają Was do rozpuku. Jak można przecież jeździć, czymś co tak fatalnie i powoli jeździ? Niestety, stało się. Puste przed chwilą lusterko wsteczne waszego poskramiacza dróg, wypełnia chromowany grill dziobu jakiegoś monstrum, które po chwili, nim zdążycie powiedzieć Scheisse zostawia Was w tyle. Niepotrzebnie zjeżdzaliście na pobocze, zaliczając nieomal rów i zwalnialiście, by ułatwić ten manewr temu potworowi. Wyprzedził Was bez żadnego wysiłku. Kompleksy? Na pewno rozbuchają ego tamtego kierowcy, ale są zbędne z Waszego punktu widzenia. To przecież był Mercedes W116 450 SEL 6.9 - najszybsza wówczas produkowana limuzyna na całym świecie.
Przyznam się szczerze. Nie lubię Hitlermobili. Ale to auto nie jest nim. To po prostu coś cudownego, stworzył on nowożytną legendę marki Mercedes, dał podwaliny do istnienia kochanej przez mafię, raperów i prezesów klasę S. Ci którzy powiedzą, że najlepszym Hitlermobilem wszechczasów był Gullwing powiem, że są zidiociałymi marzycielami, bo żaden z nich go nie prowadził, a przecież dzieła wybrane Lenina, też miały piękną formę i oprawę. Tym, którzy powiedzą, że W123, polecę wizytę u doktora specjalizującego się w chorobach umysłu, a potem szybki powrót na postój taksówek. Jeśli zaś ktoś wymieni model nowoczesnego Mercedesa - dostanie ode mnie skierowanie na obóz wypoczynkowy do Chin, ojczyzny nowożytnych Hitlermobili. Jeśli ktoś powie, że najlepszy jest W129, albo W126 - nie przyznam racji, ale przyznam mu posiadanie dobrego gustu. Zwycięzca jednak jest jeden. Tak... W116 jest najlepszym Hitlermobilem, jaki kiedykolwiek opuścił Stuttgart.
Oglądaliście 'Ronina'? Główną rolę grał tam właśnie zielony W116. De Niro i Jean Reno byli po prostu uzupełnieniem dla tego cudu. Zresztą twórca tego filmu, staruszek Frankenheimer, odpowiadał również za 'Grand Prix', gdzie w rolę Steve'a McQueena wcielał się geniusz kierownicy Peter Revson. To świadczy o tym, że facet po prostu musi się znać na autach. Tak - posiadał on m.in. Mercedesa W116 i był to jego ukochany samochód.
Zdaję sobie przy tym sprawę, że auto ma w większości egzemplarzy welurową tapicerkę o kolorze psich odchodów. Wiem jego silnik to wyczynowa wersja modelu M100, czyli w prostej linii silnika ze starszego niż dzieje ludzkości Pullmana. Wiem, że bezsensowny totalnie układ sterowania tego auta, potrzebował by weń wlać 12 litrów oleju! Nie oślepłem także wsiadając do niego i zauważam, że deska rozdzielcza tego auta wygląda jak meblościanka z doklejonym karmnikiem dla ptaków. Ale...
No właśnie. W latach 70. welur był droższy od skóry. Jakieś pięć razy droższy. Silnik owszem jest starszy niż prostytucja, a do tego zespolony z trójstopniowym (!) automatem, ale daje Wam do dyspozycji 550 Nm i bagatela, prawie 290 KM. Rozpędzał więc owego potwora w 7 sekund do setki i spokojnie przekraczał 240 km/h. W dodatku dostaje się z tym silnikiem taki komfort posiadanej mocy, że rodzi się uczucie, że gdy się zdenerwujecie to holowanie lawety wypełnionej Golfami III do Polski będzie milutką rzeczą. Meblościanka wygląda obrzydliwie, ale to przecież auto z końca lat 70., które ma klimatyzację, elektryczne szyby, ogrzewanie postojowe, oraz ABS!
Jeśli to Was nie przekonuje, to podpowiem jedną rzecz, a potem wsadzę Was w Dacię Logan i wyślę w wycieczkę, aż po sam horyzont. Nie dość, że to auto posiadało tony luksusu, to jeszcze coś co Niemcy nazywają Uberholprestige. Splendor, który ułatwia wyprzedzanie. Do dzisiaj.
Aha i było to auto, które kopało tyłek ówczesnym 911...
Przy kilku obostrzeniach. Praca ma mieć formę elektroniczną, ale pozwalajacą na bezpośredni druk - żadnych więc makiet, czy innych chochlików, które na sprężynce wyskoczą z pudełka, tudzież filmów montowanych domowymi sposobami i wrzucanych na youtube - co jest niezwykle modną formą teraz... Ma to być prospekt reklamujący wybrany przez siebie samochód, przy czym ma to być auto z lat 70., wyprodukowane w Europie, kosztujące obecnie maksymalnie 7 500 euro, a no i zdjęcia tak samo jak i tekst muszą być własnego autorstwa. Żadnego więc ściągania materiałów z internetu. Brzmi fajnie... Więc mam najbliższy deadline na 10 lutego. I kilka asów w rękawie.
Najważniejszą rzeczą jest wybranie samochodu, który nie dość, że będzie spełniał wymagania konkursowe, to jeszcze będzie dostępny dla mnie. No i rzecz jasna musi być autem, które mnie się będzie podobało. Od razu więc odrzuciłem auta z Francji. Naród odpowiedzialny za Renault Avantime, Citroena C6 i Peugeota 206 nie należy do grona europejskich producentów. Ich samochody: nie były piękne (poza Citroenem DS), nie były funkcjonalne (poza Peugeotem 307SW), ani dobrze nie jeździły (poza Renault 5 Alpine Turbo). Polskie cuda techniki, wraz z radzieckimi i czeskimi poszły także w odstawkę - to ma być materiał nie dla fanatyków, ale dla normalnych ludzi.
Przegląd lat 70. w moto-Europie został mi więc bardzo ułatwiony. Alfa Romeo? Owszem mimo nawiązań do Passata, jest pięknym samochodem - ale znaleźć taka w Polsce to cud. Fiat? 500 została obrzydzona wszystkim przez nowy model, więc nie chciałbym dostać kurierem torby z wymiocinami. X1/9 - bardzo fajny samochód, szkoda tylko ze jedyny znany mi w okolicy został przed miesiącem zaatakowany przez agresywna latarnię, która wyrosła na środku pustej drogi. 127 - nie oszukujmy się, mam przecież trochę tekstu tam do napisania, a o tym aucie można napisać tylko tyle, że było i dało bazę dla Zastavy, czyli motoryzowania Jugosławii. Mini? Dam sobie rękę obciąć, że Mini Mark III zostanie wzięty na tapetę, przez jakiegoś zniewieściałego typka, który pewnie nie napisze o jego fenomenalnych własnościach jako auta wyczynowego, ale będzie stwierdzał, że to auto jest trendy, jazzy i niewątpliwie sexy. Nie chcę by moi belgijscy przyjaciele zaczęli okupywać tyłami ściany, w moim towarzystwie. BMW? Fenomenalne E3 i genialne E12 - przy tym niestety zero szans na załatwienie auta na sesję. Ford? Capri Mk I i Escort Mk I. Pierwszy to chyba większy ewenement niż uśmiech serdeczności na twarzy Kaczyńskich. A drugi, jest świetny, ale ma go tylko jedna znana mi osoba - ten który w Poznaniu Nissanem jeździ PO LODY. Wolę więc sobię odciąć rękę, niż płaszczyć się przed "gwiazdą".
Gdy tak zacząłem skreślać jeden pomysł po drugim, zrobiłem zestawienie aut w zasięgu. I tu poszło łatwo. Wybór był prosty - zwycięzca musi zostać wyłoniony spomiędzy Jaguara XJ6 Mk I i Mercedesa W116 450 SEL 6.9. I tu wychodzi mój as z rękawa.
Szef działu marketingu organizatorów konkursu, czyli główny zapewne juror w konkursie, prócz wielu skrytych dewiacji, ma jedną jawną - kocha Hitlermobile. Przyjeżdżał na wszystkie możliwe classic spoty i track days 300 SL Roadsterem, w idealnym nieomal stanie. Umówiłem się więc już na sobotę z posiadaczką (tak dobrze widzicie - kobieta, która lubi powiew starzyzny) owego cuda, na to, że porwę jej monstrum i wywlokę gdzieś na sesję zdjęciową. Abym jednak nie nawalił swoich uszczypliwości w tekście prospektu, wyżyję się na nim tutaj.
Wyobraźcie sobie, że mamy rok 1977 i jesteście kochającym piwo i wurst Niemcem z RFN, mieszkającym w stolicy. Wiadomo, Bonn zobowiązuje - więc pędzicie z dumą po drodze swoim nowiuśkim, srebrnym Volkswagenem Golfem I GTI, a wyprzedzony przez Was po drodze Kadett, czy NRDowski Wartburg 353 po prostu doprowadzają Was do rozpuku. Jak można przecież jeździć, czymś co tak fatalnie i powoli jeździ? Niestety, stało się. Puste przed chwilą lusterko wsteczne waszego poskramiacza dróg, wypełnia chromowany grill dziobu jakiegoś monstrum, które po chwili, nim zdążycie powiedzieć Scheisse zostawia Was w tyle. Niepotrzebnie zjeżdzaliście na pobocze, zaliczając nieomal rów i zwalnialiście, by ułatwić ten manewr temu potworowi. Wyprzedził Was bez żadnego wysiłku. Kompleksy? Na pewno rozbuchają ego tamtego kierowcy, ale są zbędne z Waszego punktu widzenia. To przecież był Mercedes W116 450 SEL 6.9 - najszybsza wówczas produkowana limuzyna na całym świecie.
Przyznam się szczerze. Nie lubię Hitlermobili. Ale to auto nie jest nim. To po prostu coś cudownego, stworzył on nowożytną legendę marki Mercedes, dał podwaliny do istnienia kochanej przez mafię, raperów i prezesów klasę S. Ci którzy powiedzą, że najlepszym Hitlermobilem wszechczasów był Gullwing powiem, że są zidiociałymi marzycielami, bo żaden z nich go nie prowadził, a przecież dzieła wybrane Lenina, też miały piękną formę i oprawę. Tym, którzy powiedzą, że W123, polecę wizytę u doktora specjalizującego się w chorobach umysłu, a potem szybki powrót na postój taksówek. Jeśli zaś ktoś wymieni model nowoczesnego Mercedesa - dostanie ode mnie skierowanie na obóz wypoczynkowy do Chin, ojczyzny nowożytnych Hitlermobili. Jeśli ktoś powie, że najlepszy jest W129, albo W126 - nie przyznam racji, ale przyznam mu posiadanie dobrego gustu. Zwycięzca jednak jest jeden. Tak... W116 jest najlepszym Hitlermobilem, jaki kiedykolwiek opuścił Stuttgart.
Oglądaliście 'Ronina'? Główną rolę grał tam właśnie zielony W116. De Niro i Jean Reno byli po prostu uzupełnieniem dla tego cudu. Zresztą twórca tego filmu, staruszek Frankenheimer, odpowiadał również za 'Grand Prix', gdzie w rolę Steve'a McQueena wcielał się geniusz kierownicy Peter Revson. To świadczy o tym, że facet po prostu musi się znać na autach. Tak - posiadał on m.in. Mercedesa W116 i był to jego ukochany samochód.
Zdaję sobie przy tym sprawę, że auto ma w większości egzemplarzy welurową tapicerkę o kolorze psich odchodów. Wiem jego silnik to wyczynowa wersja modelu M100, czyli w prostej linii silnika ze starszego niż dzieje ludzkości Pullmana. Wiem, że bezsensowny totalnie układ sterowania tego auta, potrzebował by weń wlać 12 litrów oleju! Nie oślepłem także wsiadając do niego i zauważam, że deska rozdzielcza tego auta wygląda jak meblościanka z doklejonym karmnikiem dla ptaków. Ale...
No właśnie. W latach 70. welur był droższy od skóry. Jakieś pięć razy droższy. Silnik owszem jest starszy niż prostytucja, a do tego zespolony z trójstopniowym (!) automatem, ale daje Wam do dyspozycji 550 Nm i bagatela, prawie 290 KM. Rozpędzał więc owego potwora w 7 sekund do setki i spokojnie przekraczał 240 km/h. W dodatku dostaje się z tym silnikiem taki komfort posiadanej mocy, że rodzi się uczucie, że gdy się zdenerwujecie to holowanie lawety wypełnionej Golfami III do Polski będzie milutką rzeczą. Meblościanka wygląda obrzydliwie, ale to przecież auto z końca lat 70., które ma klimatyzację, elektryczne szyby, ogrzewanie postojowe, oraz ABS!
Jeśli to Was nie przekonuje, to podpowiem jedną rzecz, a potem wsadzę Was w Dacię Logan i wyślę w wycieczkę, aż po sam horyzont. Nie dość, że to auto posiadało tony luksusu, to jeszcze coś co Niemcy nazywają Uberholprestige. Splendor, który ułatwia wyprzedzanie. Do dzisiaj.
Aha i było to auto, które kopało tyłek ówczesnym 911...
Autor:
Chief D vel Dariusz
o
14:07
Etykiety:
Frankenheimer,
Grand Prix,
Gullwing,
konkurs,
Mercedes 450 SEL,
Mercedes W116,
przemyślenia,
Ronin
Subskrybuj:
Posty (Atom)
