Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dacia Logan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dacia Logan. Pokaż wszystkie posty

Zegarkowy koszmar

niedziela, 22 marca 2009
Po kilku latach wiernej służby mój zegarek, odmówił mi zupełnie współpracy. Nie to, żebym był zbytnim fanatykiem czasomierzy - przecież godzinę wyświetla mi bez żadnych trudów moja komórka. Zdaje sobie jednak sprawę z tego, że bywają chwile, gdy sięgnięcie po telefon jest większym nietaktem, niż puszczenie solidnego i jakże swojskiego bąka. I na takie chwile trzymałem swoją Omegę, która w zeszłym tygodniu złożyła mi wypowiedzenie umowy i bez szans na reanimację, wylądowała w czeluściach szuflady z gratami. Może nie jestem wzorem punktualności, co więcej uważam nawet ludzi żyjących z diabolicznie przestrzeganym timelinem za conajmniej dziwnych... To ten gatunek ludzi, którzy w dzieciństwie zamiast bawić się częściami intymnymi i rozbieraniem koleżanek, rozbierali budziki, które po ponownym skręceniu nadal działały. Lubie jednak znać upływ czasu, itp.. A przez brak zegarka w zeszły piątek spóźniłem się na spotkanie z Emilem ponad godzinę. Pięć minut jest naprawdę w porządku - ale godzina, to już taki kaliber potraktowania drugiej osoby, jak zwymiotowanie na niego, czy określenie go mianem aktywnego PiSowca. Siedziałem sobie jak idiota na bardzo eleganckiej prezentacji prasowej, na którą nawet najwięksi wyjadacze słowa pisanego odkurzyli garnitury, wytrzepali mole z tupecików i wypastowali lakierki. Nie mając zegarka, byłbym ostatnim idiotą wyjmując komórkę i załączając ją, celem zorientowania się w czasie. Nie da się więc ukryć, że życie bez zegarka jest do niczego - przecież nie będę odczytywał czasu z ruchów księżyca, czy aktywności chwilowej mrówek. Podsumowując - wyjście gdziekolwiek bez komórki, czy zegarka jest dla mnie trudniejsze, niż opuszczenie domu bez spodni.
Stoję więc przed problemem zakupu nowego czasomierza. Niestety - kłopot jest olbrzymi, bowiem jubilerzy i zegarmistrzowie mamią nas zatrzęsieniem zegarków. Wszystkie jednak są niewyobrażalnie drogie, a także wyposażone w całe spektrum przyrządów absolutnie zbędnych. Leciałem w swoim życiu kilkanaście razy samolotami - począwszy od potężnych Boeingów, czy Airbusów, na rachitycznych awionetkach skończywszy. Nigdy, ale to nigdy podczas tych kilkuset godzin spędzonych w powietrzu nie przyszło mi do głowy "Cholera! Jakaż to szkoda, że mój zegarek nie ma wysokościomierza". Samolot ma takowy sprzęt na desce rozdzielczej, a dobre linie lotnicze informują swoich pasażerów, za pośrednictwem stewardess i pilotów, jak wysoko nad ziemią znajdują się aktualnie ich tyłki. Analogicznie, gdy nurkowałem, nie miałem w głowie wściekłości, że nie mam zegarka z głębokościomierzem - przecież mam błędnik, a nurkując ze sprzętem mam takowy wskaźnik, gdzieś w okolicach tego głównego trójnika.
Można więc dojść do wniosku, iż nie mam specjalnych wymagań co do zegarka. Nie ma za zadanie otwierać mi butelki wina, ani gotować mi kremu z borowików. Nie chcę by skrywał laser, czy garotę. Chcę by wskazywał mi czas i to nie w Gujanie Francuskiej, czy innej Nikaragui - pomimo tego, że w odróżnieniu od większości ludzi w kraju zwanym Polską, potrafię je wskazać na mapie, ale dokładnie w miejscu, w którym jestem. Od razu, bez przeliczeń i gadania o kącie padania promieni słonecznych, czy wyliczeniach krzywizny ziemi. To wszystko. Ale sami doskonale wiecie, że to nie jest wszystko. Ostatnimi czasy, ów enigmatyczny "ktoś", kto stoi za kryzysem, wszystkimi układami, wietrzonymi przez nos prezesa prawych i sprawiedliwych, orzekł że zegarek jest wyznacznikiem męskości i osobowości właściciela. Od tej pory posiadanie odpowiedniego zegarka jest tak samo istotne, jak posiadanie odpowiednio ufryzowanych włosów, imion dla potomstwa, czy nawet samochodu (sic!). Byłem ostatnio świadkiem sytuacji, gdy podczas kolacji w hotelowej restauracji jeden z facetów spytał gościa siedzącego vis a vis "czy to Calibre S?" okazało się, że tak i wszyscy wokoło kiwali glową z aprobatą i głębokim znawstwem i przerzucali się uwagami na temat jego funkcjonalności. Wszyscy poza mną. Nie miałem zielonego pojęcia, czymże jest ów Calibre S. Mam również Wuja i zarazem przyjaciela w jednym, który posiada kolekcję zegarków. Dobrze widzicie - kolekcję zegarków. Poza tym wydał na początku marca ponad 10 000 PLN na zegarek sygnowany przez IWC. Miałem ostatnio okazję zobaczyć wyciąg z jego konta i wiem jaką część jego dochodów zjadło owo ustrojstwo. Podsumowując - lekarze orzekliby, że on po prostu jest niepoczytalny i powinien wespół z Fritzlem oglądać świat zamkniętych zakładów psychiatrycznych. Sytuacja jest o tyle dramatyczna, że IWC to niższa klasa średnia jeśli chodzi o ceny zegarków. Mamy dostępne przecież czasomierze za kilkaset tysięcy PLN.
To jest kolejna rzecz, której w świecie zegarków nie rozumiem ni w ząb. Zresztą ów świat ma tylko jedną rzecz, którą w nim rozumiem. Casio może sprzedać Wam zegarek z LEDowym podświetleniem, które z powodzeniem oświetliłoby stadion narodowy w Chorzowie, kompasem, stoperem i podręczną tablicą sterowania okrętami podwodnymi., za jakieś marne trzy stówki. Wszystkiemu winna jest sygnatura Casio. Sygnatura, która jest jeszcze jedną metodą na okazanie, że nie macie stylu, klasy i gusta i że posiadacie, albo skrycie marzycie o posiadaniu Dacii Logan.
By usprawiedliwić rozdmuchane do niebotycznych kwot ceny zegarków, ich twórcy mają idiotyczne nazwy pokroju Jaeger-LeCoultre żywane przez pilotów myśliwców,kosmonautów, albo chociaż przez ludzi biorących chleb powszedni ze skakania na spadochronie z pocisków strategicznych, wprost na pokłady płonących motorówek w pełnym pędzie. W dodatku wszyscy robią swoje cuda ręcznie, na szwajcarskiej prowincji, od przynajmniej sześciuset lat. Prowadzi to do konkluzji, że każdy szwajcarski wieśniak jest zegarmistrzem. Co więcej, Breitling - manufaktura, która robi zegary dla Bentleya, czyli niewątpliwie istotny element mariażu przemysłu motoryzacyjnego i zegarmistrzostwa w swoich sloganach zaczęła nam przypominać, że przemawia za nią fakt, iż od wielu lat robi ona wskaźniki dla historycznych maszyn latających. Jestem jednakże przekonany, iż w Szwajcarii nie brakuje również historycznych protez dentystycznych. Tyle, że jest to mniej więcej dla mnie tak samo istotne, jak informacja podawana mi przez marketingowców Breitlinga, zwłaszcza gdy w środku nocy obudzę się i chcę sprawdzić, czy mogę jeszcze pospać, czy też muszę już wstawać.
Reasumując - szwajcarscy rękodzielnicy zasypują nas wizją aktywnych facetów z ich rodzinnych stron i starają się nam wcisnąć coś, co jest bardziej naszpikowane gadżetami niż moja obecna i poprzednia komórka razem wzięte. Niektóre z tych rzeczy są większe i cieższe niż Fort Knox, a w dodatku błyszczą się tak, że wyglądałyby idiotycznie nawet na Puff Diddym. I wszystko to ma świadczyć o mojej męskości? Ja takiego gówna nie chcę.
Chcę prostego zegarka z klasą, o dużych i czytelnych cyfrach, taki bym przy jego zakupie nie musiał brać kredytu hipotecznego. I tyle. Ktokolwiek zna taki? Ktokolwiek go widział?

Pomocy...

Dariusz - odkrywca

piątek, 27 lutego 2009
Od dłuższego czasu mam do czynienia, a wraz ze mną i Wy, z przerażającym faktem. Gro dziennikarzy, publicystów, komentatorów, krótko mówiąc ludzi żyjących z komentowania wydarzeń bieżących za pośrednictwem słów i obrazów mają niesmaczny zwyczaj szufladkowania ludzi na pokolenia. Mamy więc rodzime pokolenie Jana Pawła II (zwane po prostu JP2, niczym kolejny rewelacyjny format komputerowego zapisu danych), globalne pokolenie MP3, czy japońskie pokolenie Playstation. Gdybym miał wymieniać dalej wszystkie te "pokoleniowe" eufemizmy, to odpiłowalibyście sobie nogi z nudów. Pójdę i ja tym tropem, ustanawiając i rozgłaszając moje nowe odkrycie. Nie tyle co pokolenie, co cud i owoc teorii Darwina, nowy gatunek homo sapiens. Łacińskie nazewnictwo pominę - szczerze mówiąc jedyna łacina, jaką znam to, albo ta z kart sienkiewiczowskiej trylogii, albo kuchenna, której z reguły (przynajmniej ostatnio) nie stosuję. A już na pewno nie w słowie pisanym. Anglicy mimo, że jak już wspominałem niejednokrotnie są dziwną nacją, mają na tych o których myślę ciekawe sformułowanie petrol heads, ichniejszy odpowiednik naszych moto-maniaków.
Kim są więc Ci, za odkrycie których nie doczekam się zapewne Nobla, czy nawet Pulitzera? Są to totalni maniacy. Kobiety i mężczyźni, w których żyłach płynie jeśli nie czysta benzyna, to przynajmniej spora jej domieszka. Ludzi tacy jak Enzo Ferrari, który z miłości do pędu i zwycięstw stworzył nie tylko markę supersamochodów, które w wyuzdanych "mokrych" snach milionów nastolatków, niebiezpiecznie blisko ocierają się o obdarzone dużym biustem i boską urodą kobiety, ale i całą filozofię życia. Jak Ferdinand Porsche, któremu w stworzeniu marki, sprzedającej samochody, których wygląd od 30 lat zmienił się mniej, niż ja po jednej nocy, a i tak jest najmocniejszą na europejskim rynku, nie przeszkodziła nawet odsiadka w więzieniu. Nie mówię tu tylko o tuzach i artystach, twórcach motoryzacyjnych, bo lista tychże byłaby tak długa jak książka telefoniczna przynajmniej trzech stanów w USA, a nazwiska geniuszy kierownicy takich jak: Mario Andretti, Danny Sullivan, Michele Alboreto, Marian Bublewicz, Carlos Sainz, czy Michael Schumacher to po prostu kolejne jej pozycje. Mówię tu także o tych wszystkich, którzy nie śpiesząc się nigdzie, a widząc kawałek pustej drogi, łapią mandat za przekroczenie prędkości - jak ja w poniedziałek. Mówię tu o tych, którzy w każdym samochodzie potrafią odnaleźć coś fascynującego.
Samochody możemy dzielić, tak jak to robią przedstawiciele jury konkursu Car Of The Year na segmenty, czy klasy. Daleko jednak praktyczniejszy jest podział wedle gustu. Na supersamochody, czyli sam szczyt listy "wannabuy", bardzo dobre, dobre, przeciętne, kiepskie, nieudane i totalnie zrąbane. I rzecz jasna dodatkowa kategoria na samym dole, to Dacia Logan. Jechałem przynajmniej jednym przedstawicielem, każdej z powyżej wymienionych grup.
Supersamochody, to dla mnie maszyny pokroju Nissana GT-R. Ale o nim mówiłem już tyle, że jeśli znów bym zaczął wychwalać go pod niebiosa, to Japan Motors, czyli polski dystrybutor tego pojazdu musiałby wciągnąć mnie, na listę płac. Do tej grupy należą też maszyny budowane przez zapaleńców, by rozbijać się nimi z prędkościami bliskimi tej, w której Enterprise ze Star Treka wykonywał skok w nadprzestrzeń. Moja fascynacja takimi jednostkami zaczęła się w 2006 roku, gdy po raz pierwszy wsiadłem za kółko profesjonalnie przygotowanej maszyny, która została zbudowana po to, by dać jak najlepsze czasy przejazdów na torach wyścigowych. Budżet budowy tego monstrum był kosmiczny, a załączniki, które FIA rokrocznie wydaje do regulaminów, były ostatnią rzeczą, która była brana pod uwagę przy powstawaniu tego pojazdu. Nadwozie pochodziło od BMW E36 , a silnik V8 który wytwarzał prawie 740KM był dziełem szalonych brytyjczyków z dwiema turbosprężarkami i ...gaźnikiem. Przy tym auto waży równo tonę. Gdy wsiadłem do niego powiem szczerze, czułem się conajmniej nietypowo. Od asfaltu dzieliła mnie warstwa stali i powietrza - o łącznej grubości złożonej gazety. Ale takiej z dnia powszedniego, a nie z weekendu, gdy dodają program telewizyjny i reklamy z marketów. Fotele i klatka bezpieczeństwa, wymuszały na mnie pozycję, o której jeśli powiedziałbym wygodna, to byłoby mniej więcej taką prawdą, jak to że Margaret Thatcher, ma opinię wyuzdanej figlarki. Było koszmarnie niewygodnie, a w trakcie jazdy sztywne zawieszenie pozwalało odczuwać nie tylko nierówności asfaltu, ale i różnice w budowie geologicznej regionu toru. Ale sam fakt istnienia takich pojazdów jest niesamowity. A przejażdżka, którymś z nich to już najwyższy chyba stopnień fascynującej niesamowitości.
Nowe Maserati Quttroporte S jest samochodem bardzo dobrym. Nie prowadziłem nigdy tego samochodu, a jedynie zajmowałem miejsce na tylnej jego kanapie podczas półtoragodzinnej przejażdżki po Apeninach Modeńskich i powiem szczerze, że bawiłem się świetnie. Pławiłem się w ręcznie robionym luksusie, który bez trudu mógłby mnie wieźć 280 km/h, gdybym zechciał. Silnik brzmiał po prostu bosko, a auto cudownie uciekało tyłem na każdym z ostrzej przebytych zakrętów. Nie dziwi mnie, że prezydent Włoch Giorgio Napolitano ustanowił ów pojazd, swą oficjalną limuzyną reprezentacyjną. Całe to auto jest po prostu niesamowite - od wyuzdanego grilla z charakterystycznym trójzębem z przodu, przez wielkie 4,7 litrowe V8, niesamowite wnętrze, po niebywale seksowny tył pojazdu. Jednak jest jedno ale - to auto przez swą niezaprzeczalną praktyczność chciałoby się mieć na codzień. Ale, by je kupić w tej chwili, musiałbym przynajmniej od dziesięciu lat trudnić się przemytem narkotyków i wieść ascetycznie oszczędny tryb życia.
Autem niewątpliwie dobrym jest Jaguar XJ6 Mk III. Auto ma wiele zalet - smukłą, klasyczną i ponadczasową linię nadwozia, dobry i niezawodny rzędowy silnik 4.2 litra, wnętrze z niebanalną atmosferą luksusu, a do tego przystępną cenę. Sami musicie przyznać, że 10 000 PLN, za najbardziej rozpoznawalny brytyjski samochód luksusowy (co prawda z 1985 roku, ale w doskonałym stanie) to nie jest dużo. Uwielbiam nim jeździć i przyznam się szczerze, że z nieukrywaną przyjemnością pożyczam je od swojego kolegi na bliższe i dalsze wojaże. Irytuje mnie w tym aucie to, że podczas pokonywania zakrętów trzeba mocno trzymać się kierownicy, bo fotele nie dają absolutnie żadnego trzymania. Wkurza mnie idea obklejenia pięknych zderzaków ordynarną gumą, czy manewry znane z starych TIRów, przy zmienianiu biegów. Zupełnie zaś, nie do przyjęcia jest fakt, że lewa noga boli jak cholera, po każdej przejażdżce - sprzęgło pracuje z takimi oporami, jak nie przyrównując mózg Joli Rutowicz, gdy ma ona wykonać więcej niż jedną operację na raz. Jednakże w tym aucie niesamowite są reakcje innych osób na drodze. Wszystkie bardzo sympatyczne i pozytywnie nastrajające. Może nie pełne zachwytu, ale na pewno pełne zaciekawienia.
Land Rover Discovery jest nie ukrywam przeciętnym pojazdem. Domyślam się, że w przeciągu 24 godzin od opublikowania tych słów, przed moim domem stoczy się regularna bitwa między dwiema czeredami płatnych zabójców. Jedną wynajętą przez fabrykę z przedmieść Solihull, a drugą przez fanatyków ich produktów. Będą się mordowali o moją głowę. Zdaje się sprawę, że auto czerpie garściami z niezniszczalnego Defendera, a także z komfortowego Range Rovera. Świadom jestem, że to auto łączy komfort codziennego użytkowania z niesamowitymi wręcz własnościami terenowymi, ale to prostu średniak, przeciętniak świata czterech kółek. Człowiek, który jest moim sąsiadem (niedosłowym - ma po prostu domek na działce obok mnie) ma Discovery z 93 roku o dwuipółlitrowym dieslu, którym zrobiłem setki kilometrów po bieszczadzkich bezdrożach. Parę razy zdarzyło mi się nawet pokonać tym autem trasę, do rodzimych mu Katowic, moge więc powiedzieć, że jest to auto, które znam. Łączy ono dwa przeciwległe bieguny odczuć związanych z motoryzacją. Idąc za prawami matematyki - czyni to zeń przeciętniaka. Prawo średniej arytmetycznej, czy czegoś w tym stylu. Gdy zabieram kogoś tym autem w teren, prócz głośnego klekotu silnika towarzyszy mi paniczny krzyk "zwolnij!" - raz nawet zostałem uderzony w ramię, czemu towarzyszył okrzyk "wolniej do cholery!". Z drugiej strony, gdy jadę tym samochodem po normalnej drodze to mam nieodpartą chęć wysiąść zeń i go pchać, by jechał choć troszkę szybciej. Niesamowite w tym aucie, nie są skrajne emocje jakie on wywołuje, czy fenomalny wykrzyż. Niesamowite są jego fotele, a konkretniej derma (?) z której zrobiono siedziska i oparcie - konserwatywnie zielona o powtórzonym w nieskończoność logo Land Rovera. Po prostu tworzy swoiski klimat.
Kiepskim autem jest Skoda Fabia Combi. W końcówce sierpnia (bodajże) zeszłego roku wybrałem się wersją 1.9 TDi, wraz z Emilem (jakie to oczywiste i łatwe do odgadnięcia) na spóźniony urlop. Cztery dni nad Bałtykiem w pobliżu malowniczych klifów wyspy Møn. Potwierdziłem w ten sposób stwierdzenie, że prawdziwy mężczyzna sika do umywalki i nie jeździ Skodą. Skoda, to auto dla przedstawicieli handlowych, a to z całą pewnością nie są normalni ludzie. Pomijam fakt, czy zdarza mi się omijać pisuary i muszle klozetowe - nie o tym tu mowa, ale Skodę wziąłbym chyba tylko jako służbowy samochód (prócz nowego Superb - koniecznie w wersji 3.6 V6). Fabia wygląda pokracznie, a silniki z 1.9 TDi są hmm... conajmniej archaiczne (a ja dzisiaj wyrażam myśli w bardzo delikatny sposób). Do szewskiej pasji zaś, doprowadza mnie fakt, że auto jest wysokie i tak niesamowicie praktyczne i wielofunkcyjne. Do pełni szczęścia brakuje tutaj tylko masażu stóp i kostkarki do lodu. Jednak niesamowite jest to, że w cholernie denerwujacym samochodzie, da się bez zmęczenia (ale i bez godności) przejechać zasięg jednego pełnego baku.
SsangYong Rexton II jest autem tragicznie nieudanym. Aby nie wchodzić za bardzo w szczegóły tego, jak bardzo jest tragiczny powiem, że to typowy koreański samochód - jest dokładnie taki, jak pozostałe rzeczy z kraju rządzony przez Lee Myung-baka. Z każdą chwilą użytkowania przekonuje Was, że jest zrobione z wafli ryżowych i papierowych podobizn Mao Tse Tunga, które chińczycy zanieśli na makulaturę. W środku jest topornie, silnik jest tak głośny, że słuch traci się po 3 minutach, a do tego auto jest mułowate, a przy tym tak wielkie, że wyczucie jego gabarytów zajmuje miesiąc. No i do tego jego fenomenalna niezawodność - w przeciągu 16 dni, w których był on w moich i Emila rękach, dwa razy był w serwisie. Raz zaciął się system HDC i to w pozycji załączonej, a za drugim razem, maksymalnie rozkręcone podgrzewanie foteli nie chciało się po prostu wyłączyć. Krótko mówiąc rozpacz i tragedia, ale... niesamowite jest to, że koreańczycy nie narzucają idiotycznych ograniczeń. Da się oglądać TV, nawet w trakcie jazdy, dzięki tunerowi Kenwooda, nie ma żadnych wyłączających się systemów, które nieomal chcą Cię porazić prądem, gdy jesteś tak druny, żeby je załączyć.
Żeby kupić, użytkować i nie chować się ze wstydu, Tatrę 613 trzeba być psychopatą. To auto jest kompletnym niewypałem, nawet gdy weźmiemy pod uwagę czas i miejsce jej powstania. Bo to, że auto o którym mowa to mój rówieśnik i pochodzi z Koprzywnicy, która podówczas leżała w Czechosłowacji, nie tłumaczy totalnej absurdalności tej konstrukcji. Samochód prowadzi się, tak dobrze piszę - prowadzi się, bez żadnych dalszych pozytywnych, ani negatywnych przymiotników, do 50 km/h - to co następuje potem, to istny survival. Pojazd myszkuje po całej drodze, a utrzymanie kursu na wprost jest mniej więcej tak łatwe, jak operacja na otwartym sercu. Pedały wymagają nie tyle co sporo siły do ich obsługi, ale nieomal muskulatury Pudziana, a skrzynia biegów zrewidowała moje wyobrażenia znaczenia słowa toporność obsługi. Chwile, gdy auto pracuje równo na wszystkich ośmiu cylindrach, są tak rzadkie i godne odnotowania, jak trafny pomysł polskich polityków. Można pokrótce powiedzieć, że jest to coś, co przypomina siermiężną kupę amstaffa Waszych sąsiadów, która po wydaleniu i rozdeptaniu dostała kół i żyje własnym życiem. Ale... to auto jest po prostu niesamowite w swojej brzydocie, choć przyznam się, że są lepsze i mniej uwłaczające godności metody osiągnięcia przydomka Pan Samochodzik.
No i pozostała nam gwiazda - Dacia Logan, która jest jak już wiecie najgorszym autem pod słońcem. Jedyne zastosowanie tego pojazdu, to karanie ludzkiej głupoty. Chociaż nie potrafię odnaleźć tych, których należałoby tak ostro karać. Nawet goście w poliestrowych garniturach, czytelnicy Faktu i wyborcy PiSu nie zasługują na taką karę. Jedynym rozsądnym odbiorcą tego samochodu są Macedończycy. Oni przyjmą te auta z radością i entuzjazmem, ale nie oszukujmy się! To przecież nacja pasterzy, którzy sypiają z kozami i wybijają się wzajemnie. Ktoś kto ma tak piękny kraj i tak mocne predyspozycje do stania się liderem Bałkanów i nic z tym nie robi, woląc wpierw zatłuc sąsiada, a potem przespać się z jego kozą, w pełni na to zasługuje. Choć przyznam się szczerze, że to najmniej humanitarny sposób karania. Bardziej ludzkie jest bombardowanie, przy użyciu bomb kasetowych, czy oglądanie programów Ewy Drzyzgi. Usilnie próbowałem znaleźć coś niesamowitego w tym samochodzie i nic! Jeździłem nim, siedziałem w nim godzinami, zmieniłem w nim koło, a nawet zaglądałem pod dywaniki i próbowałem wleźć do bagażnika. Nie potrafię. Po prostu nie potrafię. Porażka.
Cała moja błyskotliwa teoria i odnalezienie, odkrycie nowej ewolucji homo sapiens wzięła w łeb... Druzgocząca porażka. A wszystko to przez Francuzów i Rumunów. Takie okrucieństwo, nie może pozostać bezkarnym! Trzeba ich ukarać - nie chodzi tu nawet o uczucie wstydu, które jak cierń tkwi w każdym posiadaczu Dacii Logan, tu chodzi o coś więcej. O zrujnowanie mojej teorii, koncepcji - a to już przyznacie sami jest doprawdy nieludzkie. Sugeruję, by Francja została rozszabrowana pomiędzy państwa ościenne, a jej ludność rozstrzelana. Bo przyznajcie sami - nie przydali się nam do niczego. Postawili wieżę Eiffla, dali nowojorczykom Statuę Wolności i zrobili Renault 5. A potem było już gorzej - Zidane, Chirac, Renault Thalia. No i teraz to. Dacia Logan! To chyba wystarczające argumenty "za", nieprawdaż?
Co do Rumunii - zostawmy ich po prostu samym sobie. Ich inflacja wkrótce osiągnie siedmiocyfrową wartość i będziemy mogli wylicytować sobie ten kawałek południowo-wschodniej Europy na eBay. Od 1 euro.
Wielkich myśli nie można niszczyć. Zwłaszcza w tak nieludzki sposób, jak produkcja Dacii Logan!

Dariusz na taksówkarskim szlaku - prolog

sobota, 21 lutego 2009
Jak zwykle zacznę od narzekania. A jakże mógłbym inaczej? Ponarzekam sobie na Polskę. Dam tym razem spokój politykom. Ich czyny mówią same za siebie, a ja już chyba zdołałem się przyzwyczaić do nich. Krótko mówiąc nasi włodarze przekroczyli masę krytyczną absurdów i pogodziłem się z tym, że istnieją. Są dla mnie jak niewygodne buty, czy samochód którym jeździ się tylko i wyłącznie dlatego, że jest tani. Drogowcy też mogą spać spokojnie. Do ich totalnej niekompetencji, która sięgnęła tej zimy nowego stopnia absurdu (vide nieodśnieżone "autostrady"), przywykłem. Moim obiektem narzekań zostanie polskie paliwo. Ceny paliwa, znów stały się możliwe do zaakceptowania - istnienie punktów kredytowych na stacjach benzynowych, stało się na szczęście mrzonką. Znów nie musicie rezygnować na miesiąc z jedzenia, by napełnić swój bak. Kłopotem jest jednak to, czym go napełniamy. Mimo obiecywanej jakości, którą "broni znak orła" czy podobnej marketingowej bzdury, która niczemu prócz irytowania klientów nie służy, nikt z nas nie wiem co wlewa w czeluść układu paliwowego. Może to być zarówno benzyna, ale i przerobiony olej z Mc Donalds'a, olej rzepakowy, a i z powodzeniem mocz. Przypomnę tylko, tym którzy mogą mieć kłopoty z pamięcią, że nie udało się ustalić tego nawet sejmowej komisji śledczej. Ja nie podejmę się również dowodzenia samemu sobie, co wlewam do baku. W każdym razie wtrysk paliwa sygnowany przez Motronic, w mojej E28 po prostu odmówił mi dalszej współpracy. Tak! Moje BMW E28 znów stoi u mechanika. ZNÓW! Mam nadzieję, że zdajecie sobie sprawę, że winę za to ponoszą idioci od paliw i że nie przyszło Wam nawet na myśl cokolwiek innego.
W każdym razie, mając terminarz podobnie zapełniony ostatnimi czasy, co Krzysztof Ibisz musiałem się jakoś przemieszczać. No dobra, niczym wieczny nastolatek z Polsatu miałem ostatnio tyle zajęć, że często brakowało mi czasu na oddychanie, czy kontakt ze stylistą (znaczy ja się z nim w ogóle nie kontaktuje). W odróżnieniu jednak od niego, wciąż byłem w kontakcie z rzeczywistością. Chcąc zdążyć tu i ówdzie, musiałem po prostu mieć środek transportu...
Autobusy MPK odpadały - mimo, że ich kierowcy wiecznie wymuszają pierwszeństwo i z taką gracją łamią nie tylko przepisy ruchu drogowego, ale i wszelkie znane kanony zdrowego rozsądku, to ostatnią rzeczą jaką mogę o nich powiedzieć, jest to że dowożą pasażerów o czasie na miejsce. Krótko mówiąc - jakoś niezbyt mi się po prostu uśmiecha powierzanie swojego życia i zdrowia w ręce faceta, który inkasuje 1 500 PLN miesięcznie i z maniakalnym chichotem prowadzi autobus jakby chciał roztrzaskać się o najbliższy biurowiec. Podsumowując - jak będę chciał zapisać się na obóz treningowy Al-Kaidy, w roli ofiary zrobię to z własnej woli, a nie wsiadając w czeluści wesołego, żółto-czerwonego autobusu.
Rozwiązanie było proste - taksówka. Do niedawna miałem taksówkarzy za naprawdę rozsądnych gości. Wszystko zmieniło jednak pojawienie się Dacii Logan na taksówkach w mojej kochanej Łodzi. W tej chwili taksówkarze to: w połowie kretyni, a o drugiej ich części nie będę nawet pisać. Oni i tak nie potrafią czytać. Chcecie przykładu? Facet, który woził mnie Skodą Octavią wyznawał zasadę, że opony zimowe to niepotrzebny wymysł, bowiem on na Stomilach D-90 przejeździł niejedną zimę swoim Polonezem. Drugi - tym razem z Audi A6 uważał opony bieżnikowane za błogosławieństwo. Pierwszego starałem się uświadamiać o lamelkach, wzmocnieniach barkowych, side-sippingach, budowie klockowej i wzdłużnej, a także odpowiedzialności asymetrycznych części za odprowadzanie woda i breji pośniegowej. Drugiego nawet nie próbowałem uświadamiać. Czapka z daszkiem na głowie i miś w stylu retro-dywanu na fotelach powiedziały mi z kim mam doczynienia. Lotność swego umysłu mógłby chyba tylko jaśniej podkreślić, naklejając na deskę rozdzielczą wycięte z gazet podobizny Ziobra i Kaczyńskiego. Typowy PiS-owiec.
Nie będę komentował jak jeżdżą nasi taksówkarze. Podsumuję to jedynie ogłaszając wyniki rankingu na najgorszych kierowców. Brązowy medal zdobywają przedstawiciele handlowi - zwłaszcza od Coca-Coli. Drugie miejsce na pudle zdobywają domorośli wiejscy "tjunerzy" - zwłaszcza w Oplach Calibra i Hondach Civic. Jednak pierwsze miejsce należy się taksówkarzom - po prostu jest to stado zmotoryzowanych lemingów.
Chciałem sam przekonać się, czy jeżdżenie taksówką zmienia ludzką psychikę. Nie to, że jestem ateistą bo nie widziałem, nie dotknąłem Boga... Przecież jego obecność widać w takich cudach stworzenia, jak Laetitia Casta, wypełniona butelka Glen Garioch, czy Nissan GT-R, a ja mimo to nadal jestem niewierzący. Po prostu - jestem moto-maniakiem i jeżdżenie samochodami dla dowiedzenia jakieś idei jest najczystszym koncentratem frajdy.
Nie oszukujmy się. Jesteście przecież na blogu gościa, który dla udowodnienia swojej racji, że jazda autem jest tańsza od jazdy pociągiem jechał w środku nocy z Łodzi do Warszawy, a potem z powodu braku chęci na powrót spał w hotelu po 230 PLN doba. Skodą Superb... Nie ma bardziej taksówkarskiego auta niż Hitlermobil E-klasa. A więc? Stwierdziłem, że bedę nimi jeździć. Sprawdzę i poddam dokładnej analizie samego siebie, pod kątem zmian w psychice prowadzenia pojazdów. Przed i po. No i wczoraj, gdy narodził mi się w głowie ten pomysł odwiedziłem Poradnię Medycyny Pracy Gastro sp. z o.o., z siedzibą w Łodzi przy ul. 6 Sierpnia 74. Tam przesympatyczna doktor Monika, mimo że patrzyła się na mnie jak na idiotę, gdy klarowałem jej o co chodzi, poddała mnie badaniom psychomotorycznym. To taki rodzaj badań, które wykonuje się wszystkim osobom, które będą miały doczynienia z prowadzeniem samochodów w pracy i mają normalnych pracodawców. Oto i opinia pani doktor na mój temat, po przeprowadzeniu badań. "Badany ma czasy reakcji na bodźce świetlne, dźwiękowe i ruchowe znacznie poniżej normy. Tożsame badania przeprowadzone w ciemnościach, wykazały nieznacznie wolniejszy czas reakcji, ale nadal pozostający poniżej wyników traktowanych jako dopuszczalna norma. Odczuwanie dali i głębi w normie. Przeprowadzony test kompetencyjny nie wykazał żadnych niepokojących oznak. Podsumowując, badany ma cechy dobrego kierowcy, a czasy reakcji na bodźce pozostają znacznie poniżej przeciętnej". Miło, gdy dobrze o nas piszą, no nie?
Historię taksówkarskich samochodów rodem ze Stuttgartu rozpoczęto w 1961 roku modelem W110. Ów bliski krewniak poczciwego "Kubusia" produkowany był przez 7 lat i był synonimem luksusu, był też pierwszym samochodem marki Mercedes, który testowany pod kątem bezpieczeństwa. Dodajmy do tego, że ów Mercedes nie był zbyt drogim produktem, toteż zyskał przychylność taksówkarzy w RFN, oraz agentów bezpieki i wywiadu w NRD, a przez cały okres produkcji mury fabryki opuściło 628 282 egzemplarzy. W 1968 roku na świat przyszedł jego następca, czyli W115 zwany poczciwie "babcią", lub bardziej groźnie "Stroke-8". To ten wielki jak przeciętny stadion piłkarski w Polsce samochód o pionowo ustawionych światłach przednich. Mój Ojciec miał takiego i przysięgam Wam, że po dziś dzień, gdy wchodzę do łazienki w swoim mieszkaniu, to mam wrażenie że był on od niej bardziej przestronny. W 1976 roku Hitlermobile stały się naprawdę liderami segmentu E. To zasługa W123, czyli znanej chyba wszystkim "Beczki" - ostatniego auta w historii Mercedesa, który naprawdę wykańczano chromem. Pierwszego też o legendarnej niezawodności i przyjaznemu kierowcy wnętrzu. Zegary z W123 są po prostu ucieleśnieniem czytelności wskaźników. Niedościgłym po dziś dzień wzorem. Ale co tu się dziwić - zrobione przez i dla Niemców. Jeśli mieliście kiedykolwiek przed sobą instrukcję obsługi (bogato ilustrowaną) niemieckiego materaca dmuchanego, wiecie o czym mówię. W 1984 roku urodził się jego następca - W124. To auto jest istnym wołem roboczym. Jeśli zobaczycie gdzieś na ulicy takiego w kremowym kolorze, to znaczy że jest to była niemiecka taksówka, która ma za sobą dystans 50 okrążeń naszej planety. Bez remontu silnika i bez gwarancji, czy olej chociaż był raz zmieniony. Po dziś dzień większość taksówkarzy na prowincji się nimi z powodzeniem przemieszcza, a Ci z miast tęsknią za nimi. Krótko mówiąc to samochód, który albo jest taksówką, albo hmm... taksówką, albo no cóż... Jeśli za kółkiem W124 nie siedzi pan Zbychu z osiedloewgo postoju taksówek warto głębiej schować portfel i komórkę i wbić wzrok w chodnik. Ich właściciele nie są totalnymi przymułami, mają odrobinę gustu i smaku, ale etap dobrze płatnych i łatwo ściągalnych haraczy mają dopiero przed sobą, a łatwym zarobkiem i małym mordobiciem nie pogardzą. Rok 1995 to era "okularów" - byłych dyżurnych aut ciut lepiej sytuowanych w hierarchi przedstawicieli półświatka (teraz zmienili gwiazdę Hitlermobila, na cztery okręgi Audi) i taksówkarzy. Do 2002 roku mamy doczynienia z W210, który ma większość podzespołów wytwarzanych za ziarenko ryżu w Chinach przez terroryzowanych sześciolatków - niesie to za sobą sporą zmianę jakości. Większość panów z postoju mówi, że Mercedes po prostu w 1995 roku przestał istnieć. Pozostali zaś zaciskają zęby, robią kolejne zaprawki na gnijącej rdzą blasze, wymieniają co 1 000 km całą elektronikę w aucie i oszczędzają każdy grosz na jego następce. Na produkowanego po dziś dzień W211.
I od tego ostatniego właśnie modelu zacznę podróż taksówkarskim szlakiem, którym mam nadzieję dość zgrabnie nakreśliłem. Kilka telefonów, które wykonałem zaowocowało początkiem przygody. Kolejnej z irracjonalnych, bezsensownych i idiotycznych przygód z motoryzacją w moim wykonaniu. Zaprzyjaźniony komis udostępnił mi na trzy dni Mercedesa E320 CDi w wersji "full-wypas", z przebiegiem nieznacznie przekraczającym 100 000 km z 2006 roku. Kwintesencja niemieckiego taryfiarza "na czasie" - 224 KM, 540 Nm z apetytem, który ponoć jest w stanie zaspokoić 8-9 litrów ropy na setkę. Taksówkarz w cholernie komfortowej edycji.
Na początek powiem jedno. Nie wierzcie, gdy sprzedawca mówi, że w samochodzie nie było palone. Na milion procent było, ale po prostu nie czuć zapachu dymu. Przekonałem się o tym pobieżnie oglądając wnętrze owej taksówki. Idąc za porzekadłem, iż diabeł tkwi w szczegółach, chciałem zobaczyć ile diabła jest w popielniczce w tylnym rzędzie siedzeń. Zobaczyłem kupę popiołów i kikuty niedopałków. Ale... wnętrz jest dobrze wykonane.

Głupoty i totalne kretyństwa

sobota, 14 lutego 2009
W swoim życiu robiłem już wiele naprawdę głupich rzeczy. Chcecie wiedzieć jakich? Cóż, zdarzyło mi się sypiać z podwładną mojej Mamy, w ramach czegoś co dogorywało nawet za czasów Gierka - czyli czynu społecznego, malowałem elewację jednego z łódzkich przedszkoli, ubrany w kamizelkę odblaskową z krótkofalówką w dłoni ganiałem z punktu A do punktu B i udawałem sędziego imprezy off-road'owej. To ostatnie mam nawet zarejestrowane i ku uciesze wszystkich jest dostępne na YouTube. Proszę bardzo:

Kretynizm, prawda? Listę głupot jakie robiłem, mógłbym rozwijać do nieskończoności. Przecież kierowany patriotyzmem wróciłem do Polski, z Belgii gdzie miałem dobrze płatną pracę - w dodatku na jednym z torów, gdzie F1 się odbywało. Samo to może stanowić przecież, za obwolutę dla grubego tomiszcza pt. "Dariusz - głupoty i totalne kretyństwa".
Tak samo wielką głupotą było przyjęcie nowej Toyoty Avensis na przejażdżkę od mojego przyjaciela. No cóż, chyba czuł się winny widząc w moich oczach ulgę, gdy zdawałem mu kluczyki i dokumenty. Rzadko mi się coś takiego zdarzało, więc nawet mnie przeprosił. Redakcja, która zatrudnia mojego przyjaciela nie należy do najlepszych medium motoryzacyjnych - nawet jak na nasz wspaniały kraj. Dostają głównie do testów gówniane auta, pokroju Avensisa, Fabii, czy innych wynalazków z piekła rodem. Jeśli już umieszczają artykuły na temat super samochodów, to są to bezczelne przedruki z niemieckich wydań. Ja się zresztą nie dziwię - rozmawiałem z kilkoma kumplami Emila z pracy.
Siedzieliśmy we wspominanym już przeze mnie Papavero. Popijaliśmy whisky z colą, zajadając się krewetkami "3 ways" (z których naprawdę ta knajpa może być dumna). To było na zakończenie sezonu driftu - w dniu treningowym, czyli było o czym rozmawiać. Dopóki jeden z nich nie powiedział, że Toyota Aygo jest naprawdę świetnym samochodem, a drugi zdradził niezdrową radość z powodu zakupienia Volkswagena Jetty BlueMotion i kończenia się czasu oczekiwania na odbiór pojazdu. Nie oszukujmy się więc. Ta gazeta to dno moto-prasy, a to że realizuję dlań z doskoku fuchy fotograficzne, cóż to tylko i wyłącznie zasługa faktu, że płacą dobrze. Dobrze - czyli o czasie, i zawsze zgodnie z umową. Stąd też byłem dziwnie zaskoczony, że za 2 tygodnie weekend spędzę z nową hybrydą Lexusa GS450h, poszukując dobrze zachowanego zamku, jako tła dla sesji fotograficznej. Lud potrzebuje chleba i igrzysk - taka refleksja przyszła mi do głowy. Chleba - czyli opinii o autach na miarę dlań. Igrzysk - przedruków z Niemiec. Ach, te kompromisy.
Bądźmy jednak poważni. Lexus GS450h zwyczajnie mnie nie rusza. A przecież to jest super! Nie jako hybryda, ale jako samochód. Jest kompromisem - między burczeniem ekologów, a luksusowym środkiem do pokonywania odległości. I to nawet pomimo faktu, że pani z salonu sprzedaży Warszawa-Wola, nie umie czytać i chyba sama do końca nie wie, co jej firma sprzedaje. Pani Mariolu, może akurat mnie pani czyta... GS450h, to nie jest RX450h - to są dwa odmienne samochody, tak różne od siebie, jak Maluch i Duży Fiat. W przypadku wielu innych samochodów, taka rzecz wywołałaby u mnie wzrost agresji i niechęci względem samochodu. A tu? GS450h jest super. Ale mnie nie rusza. Wiem - to jest dziwne.
"Ruszanie" nas to nic innego jak czysta, zwykła chemia. Spotykacie kogoś i zanim jeszcze pomyśli, by nabrać powietrza do płuc celem odezwania się, Wy już czujecie że go nie znosicie. A najbardziej sympatyczna myśl, w Waszej głowie to taka, by zdzielić go w łeb łyżką do kół i w spokoju skoczyć, na jednego do ulubionego baru. Jeśli poznaliście kiedykolwiek byłego faceta swojej dziewczyny - wiecie o co mi chodzi. Cholera, ale gdy mówimy o chemii między człowiekiem, a półtorej, czy tam więcej tony kabli, szkła, stali, kompozytów, gumy innych cholerstw, wydaje się to być co najmniej dziwne. Tylko dlaczego używam mojego BMW, które gdyby podliczyć wydatki zeń związane, warte jest tyle mniej więcej co roczny Dodge Caliber, który jest niezłym pojazdem.
Oczywiście rozumiem, co nie oznacza że akceptuję ludzi, którzy z premedytacją kupują fatalne samochody. Weźmy Dacię Logan - to samochód, którym jeżdżą ludzie, dokładnie z prędkością 60 km/h. Na autostradzie, że wezmę takiego człowieka na A2, kiedy ruch i tak ślimaczo zwalniają wyprzedające się litewskie TIRy. Na ulicach miast i miasteczek, a nawet do cholery przed marketami. Wloką się po prostu WSZĘDZIE! Logan, który swoją stylizacją, tak bardzo stara się nie urazić nikogo, nie popsuć nikomu odczuć estetycznych, po prostu obraża, opluwa i zniesmacza wszystkich. Dlaczego więc ktokolwiek, nie wyłączając z tego łódzkich taksówkarzy, których dotąd miałem za całkiem rozsądnych ludzi, kupuje coś takiego, skoro istnieje tyle innych możliwości? Jak chociażby kosiarka spalinowa, wygodny urlop w górach Afganistanu, czy grzybica stóp? Bo Dacia jest tania. To cena sprawia, że ludzie kupują Kię Sportage - nijakie, koreańskie paskudstwo, z napędem na cztery koła. Bo obrzydliwa i bliżej niezrozumiała dla nikogo, prócz naćpanych jak fretki marketingowców z kraju Lee Myung-baka, reklama z rzeczami w folii bąbelkowej, nie ma z tym nic wspólnego. Po prostu ludzie, którzy jeżdżą z przyczepą na urlop, mają rodziny do utrzymania i skromne zarobki, woleliby zdecydowanie Land Rovera, ale stać ich tylko na Kię, więc ją kupują. Ja co prawda kupiłbym używanego Jeepa Grand Cherokee z początku lat 90., choć jeśli mam być w pełni szczery, to gdyby przyszło mi wyjechać z przyczepą na urlop, wolałbym popełnić samobójstwo. Raz nocowałem w takowej - jej właściciel przemierzył z nią pół Europy i był nią zafascynowany. Ja natomiast na samo wspomnienie noclegu w trzech, w tej na szczęście dużej przyczepie, cały czas pamiętam jak było cholernie zimno i niewygodnie.
To też była głupota ten nocleg. Zwłaszcza, że miał miejsce zaledwie 30km od domu, 600 metrów (w linii prostej) od naprawdę przyjemnego hotelu, w którym rano i tak wykupiłem pokój, by wziąć prysznic. Głupotą są także rozmyślania, którym się oddaję. A co jeśli nie musiałbym kierować się finansami, przy zakupie nowego samochodu? Co jeśli obsługa serwisowa, rozbudowanie sieci sprzedaży, spalanie, warunki gwarancji, podatki i emisja CO2, obchodziłyby mnie, mniej więcej tyle co losy bohaterów "M jak Miłość"? W sumie emisja CO2 dokładnie tyle mnie obchodzi w tej chwili, ale to nic. Krótko mówiąc, co jeśli byłbym obrzydliwie bogaty i miał kupić auto?
Chyba jestem głupcem, bowiem zamiast udzielić rzeczowej, natychmiastowej odpowiedzi, z rozmarzonym rzecz jasna wzrokiem i miękkimi kolanami, prowadzę selekcję negatywną.
Któryś z modeli Porsche? Boxster, nawet w wersji RS60 Spyder odpada już na wstępie. Nie należę do ułomków, a to auto stworzone z myślą o kurduplach, sprzęgło w nim chodzi tępo, no i auto otwiera się na każdym zakręcie szerzej, niż nogi tajskiej atrakcji, dla podtatusiałych europejskich turystów. 911, niezależnie od cyfry po GT również nie jest dla mnie. Co z tego, że mógłbym nią kręcić niewiarygodne czasy na Nurburing, jak mimo swej klasycznej urody darłoby się wręcz, że mam gust i poglądy alfonsa. Jeśli ktoś spyta o Cayenne, przysięgam - znajdę i odstrzelę.
Może więc Jaguar? Rozsądna podpowiedź, szkoda że mocno chybiona. Jeździłem nowym XF-em w wersji SV8 i mimo, że jego wnętrze stanowi dla mnie niesamowicie pociągające dzieło sztuki, to cały czas miałem wrażenie, że Jaguar którym jadę mimo wielkiej mocy jest płci żeńskiej i spodziewa się potomstwa. Może więc XKR? Sorry, również nie. Przecież jest to samochód wart pół miliona PLN w wersji podstawowej, a przypomina on striptizerkę pod sam koniec występu. Nawet Peugeot 407 Coupe ma większe felgi w standardzie - bez dopłat!
Ferrari? Owszem California jest piękna - ale mniej bezsensownym od tego konceptu, jest nawet Arnold S. w roli gubernatora słonecznego stanu. A 599? Cóż, mimo że z tyłu przypomina trochę Fiata Coupe jest piękne. Ale też widziałem, jak wyglądało po spotkaniu z barierą energochłonną, na jednej z podturyńskich autostrad. Nie przekonuje mnie nawet fakt, że dyrektor generalny FIATa, o którego wypadku mowa, Sergio Marchionne, kazał sobie natychmiast zamówić drugi pojazd z fabryki Maranello, jako dowód zaufania i lojalności.
Mercedes? Ogólnie nastawiony jestem na nie. Nowa S-klasa, czyli W221 to auto dla gangsterów, z seryjnymi felgami w stylu 'bling-bling'. Sportowe zaś Hitlermobile, to istna katastrofa. Nie dość, że stanowią znak rozpoznawczy mężczyzn, ale nie fanatyków, to w dodatku takimi (i to bardzo dosłownie) rozbijają się Britney Spears i Lindsay Lohan. Natomiast CLS jest świetny. Kilka tysięcy kilometrów nim pokonałem, ale jakoś nie widzę siebie na codzień w stroju, który doń pasuje. Marynarki Pal Zileri, z atłasowymi kołnierzami i koszule a la Marina z tyrolskimi kapeluszami może i są trendy w Niemczech. Ale dla mnie stanowią o cholernie złym smaku.
Drogą selekcji więc (cóż z tego, że negatywnej?) odrzuciłem także auta stricte torowe, pokroju Ariel Atom, TVR Cerbera, czy Koenisegg. Nie dość, że wyglądałbym w nich jak stary artretyk na relanium zapitym grubymi dawkami łyskacza, to jeszcze tak bym się mniej więcej w nich czuł. Niewiele mi więc pozostaje. Rolls-Royce, hmm... obrzydliwie drogi, luksusowy, mocny i aż do wymiotów brytyjski. Bentley? Nie bardzo widzi mi się rozdawanie autografów i tłumaczenie ludziom, że nie jestem cholernym raperem. Słuchać rapu - to jedno, ale być uznawanym za rapera, to już niedopuszczalne.
Zadanie znalezienia bezkompromisowego, obrzydliwie drogiego auta, które zamiast misji ratowania świata i zasobów naturalnych, przepełnione jest mocą, unikalnością, komfortem i sznytem staje się trudne. Byłoby niewykonalne, gdyby nie jeden człowiek. Niemiec. Nazywa się Stephan Winkelmann - miałem niewątpliwą przyjemność i zaszczyt poznać tego pełnego klasy i stylu człowieka, gdy zamiast patrzeć - jak wszyscy na idiotów ganiających w absurdalnie wzmocnionych autach klasy turystycznej, po torze SPA, patrzył z pełnym oddaniem na młodych adeptów szkoły jazdy. Patrzył na dziesięcioletnich chłopaków, którzy dosiadali przerośnięte kosiarki do rwania asfaltu, czyli gokarty. Rozmawiałem z nim ponad godzinę - sam nie wiem kiedy ten czas przeleciał, po dziś dzień pamiętam jak bardzo mnie powalił swoją pasją, miłością i oddaniem czterem kółkom. Gdyby chciał mi coś sprzedać - kupiłbym to bez zastanowienia. A ostatnio, cóż ostatnio znalazłem jego zdjęcia w gazecie i okazało się, że ten facet od ponad 4 lat jest prezesem Lamborghini.
Dlatego wziąłbym Estoque, Murcielago, czy inne Gallardo. Stephan, gdy kiedyś będę realnie stał przed takim głupim wyborem, będzie on krótszy. Po prostu Cię odnajdę.