Łódź - Libreville, czyli w ślady Dakaru

niedziela, 15 marca 2009
Wiecie jak wielu ludzi ulega czarowi Czarnego Lądu? Od cholery, albo i jeszcze więcej. 90% z nich to tzw. klasa nowobogackich - czyli wszyscy dorobkiewicze ostatnich czasów, którzy za nic mają romantyzm Afryki, a kręci ich pseudo przepych tunezyjskich hoteli, w których ostatnimi czasy modna stała się mowa rosyjska. Pozostali to znudzeni wszystkim poszukiwacze przygód wybierający się na safari, albo też nawiedzeni misjonarze. Zdecydowanie wszystkim tym grupom mówię NIE! Powiedziałbym kilka dosadniejszych słów, ale się powstrzymam, bo staram się nie kląć. Choć nie zawsze mi to rzecz jasna wychodzi.
Uległem również czarowi Czarnego Lądu. Prawda jest taka, że w Tunezji to już byłem i zbyt wiele stamtąd nie pamiętam, a jednak szczerze mówiąc mam ochotę na troszkę ambitniejsze podróże po Afryce, aniżeli wyścig wózkiem golfowym dookoła resortu. I tak ostatnio grzebiąc po internecie odnalazłem ciekawe imprezy. Pierwsza z nich, to Budapest-Bamako czyli węgierski rajd samochodowy do Afryki, w którym uczestnicy są podzieleni na dwie kategorie - rajdową i amatorską. Można sobie śmignąć z stolicy Madziarów, aż do stolicy Mali. Wpisowe w pierwszej kategorii waha się między 1 000, a 1 600 euro, zaś w drugiej od 100 do 400 euro papierków. Rajd ma charakter profesjonalny i czysto komercyjny, ale jest bardzo ciekawą alternatywą dla Dakaru, który nie dość, że zabrano z Afryki, to jeszcze w dodatku skupia głównie obrzydliwie bogatych ludzi. Drugą z nich jest wymyślony przez brytyjczyków Plymouth-Banjul gdzie psychopaci startują autami za maksymalnie 100 funtów, w które zainwestowano maksymalnie 15 funtów. Tutaj impreza jest amatorska - zero wsparcia od organizatorów, jedynie gwarancja dobrej zabawy, względnego bezpieczeństwa no i to, że cały dochód z rajdu idzie na cele charytatywne.
Siedzę wraz z przyjaciółmi i myślę, aż pojawił się koncept. A może by zorganizować imprezę Łódź-Libreville? Od dawna marzy nam się wyprawa samochodami do Afryki. Ale nie na maksa zmodyfikowanymi terenówkami, które po prostu połykają trudności bez trudu, a samochodami, których nikt nie podejrzewałby o to, że dadzą radę dojechać z Łodzi do Sieradza, a co dopiero tu mówić o dotarciu do stolicy Gabonu?
Zaczynamy wszystko organizować. Bardzo powoli i metodycznie. Start? Lipiec 2010. W obecnej chwili jesteśmy w trakcie zakładania stowarzyszenia. Mamy 15 osób, które stanowiły będą komitet założycielski, a początkujący adept prawa, który jest jednym z nas tworzy w bólach i mękach statut. Wszystko po to, by uzyskać osobowość prawną, która pozwoli nam na uzyskanie sponsorów - chcemy nie tylko zrealizować swoje marzenie, ale i wesprzeć swoją jazdą i zabawą którąś z fundacji charytatywnych, które naprawdę dużo robią dla ludzi. Gdy wreszcie założymy stowarzyszenie, chcemy na spokojnie usiąść i przygotować nie dosyć, że trasę (wraz z wymaganymi dokumentami, które musimy uzyskać) to dodatkowo jeszcze chcemy przygotować atrakcyjną wizualnie prezentację, która pozwoli nam dotrzeć do sponsorów.
Koncept jednak jest taki, że uczestnicy naszej wyprawy prócz dążenia do zdobycia mety "rajdu" będą propagowali medialnie naszą akcję, przyciągając w ten sposób do nas jak największą ilość odbiorców - począwszy od mediów o zasięgu lokalnym, a skończywszy na atakach na media bardziej globalne. Załogi składać się muszą z trzech osób - przy czym w naszych samochodach (czyli tych trzech załogach, które już "są") po jednym wolnym miejscu jest na sprzedaż - dla kogoś, kto chciałby odpłatnie uczestniczyć w naszej przygodzie, nie inwestując dużych pieniędzy w sprzęt, a jedynie nastawiając się na pomoc i dobrą zabawę. Rzecz jasna pieniądze - jak wszystkie uzyskane przez nas, po odliczeniu środków niezbędnych na start imprezy, zostaną przekazane na wybraną przez nas fundację, celem wsparcia działań bieżących i statutowych organów charytatywnych. Wiele rzeczy jest do dogrania jeszcze, ale jak na razie podchodzimy do tego bardzo mocno entuzjastycznie. Wszystko jest do zrobienia!
Jeszcze kilka słów pod kątem samochodów - nie mogą być one młodsze niż dziesięć lat. To podstawowy wymóg, jaki stawiamy przed nimi.

Pozwólcie, że przedstawię załogi, które na 1000% wystartują.
Załoga nr 1 - której skład stanowi znany Wam już Emil, wraz ze swoją szanowną małżonką. A na starcie staną Fordem Sierrą XR4i, który jeszcze w bardzo cywilnym stanie prezentuję poniżej na zdjęciu. Co najciekawsze - samochód zakupiony został przez przypadek w Hiszpanii, gdy trzeci samochód z wypożyczalni z rzędu odmówił im posłuszeństwa. Kosztował 950 euro i pochodzi z listopada 1990 roku. Ziemię ten pojazd objechał prawie pięciokrotnie, choć dwulitrowy motor zbiera się nadspodziewanie dobrze. W planach jest wzmocnienie silnika, rozwiązanie kłopotów z trwałością zawieszenia i wzmocnienie blach, które niczym Dacia rdzewiały już w katalogu.
Załoga nr 2 - to mój serdeczny przyjaciel Tomasz, wraz z bratem Adamem, czyli jedyni w naszym gronie przedstawiciele miasta Wrocławia. Posiadają wspólnie odziedziczonego po Dziadku, który był partyjnym wierchuszką, w nostalgicznych czasach PRL, Volkswagena Golfa 1 GTi. Co najważniejsze... Auto jest na starych (jeszcze z początku lat 80.) tablicach rejestracyjnych i nic ich chyba nie skłoni do zmiany ich na nowomodne białe tablice z koszmarnym niebieskim paskiem. Auto otrzyma dawkę agroturystycznego wyglądu z Golfa II w wersji rolniczej (ten taki wysoki).
Załogę nr 3 stanowię ja. Na razie nie wiem po pierwsze kogo wezmę do swojej załogi, ani jakim samochodem wystartuję, ale pragnę przynajmniej ten drugi aspekt rozwiązać do końca marca. Krótko mówiąc zamieniam się w wertującego strony internetowe mola. Bo moje BMW, hmm... jakoś nie widzę go zbytnio na drogach i bezdrożach afrykańskich.
No i to byłoby na tyle - nie samą pracą ostatnio żyłem, ale i dość aktywnie uczestniczyłem w przygotowaniach do realizacji planu... Mam nie tylko nadzieję, ale i dziką pewność, że wszystko się powiedzie.

Grrr... Wrrr... Prrr...

czwartek, 12 marca 2009
Oszaleję chyba dzisiaj. Zostałem nazwany pracoholikiem, to po pierwsze. Wkurzyło mnie to niesamowicie. To nie moja wina, że nie mając czasami nic lepszego do roboty, poświęcam się w pełni pracy. Wiem, że blog cierpi, wiem, że pozazawodowa aktywność cierpi, ale pocieszam się tym, że niebawem spłodzę dłuższy wpis. Na pewno przed kolejną eskapadą do Krakowa - która w planach kreśli się na 24.03.
Po drugie jeździ się fatalnie po naszych wspaniałych drogach. Ludzie zdają się być na tyle zidiociałymi bezmózgami, że przyzwyczaili się do warunków klimatycznych z jakiś negrowych krain i odrobina chłodu, opadów i marznącej brei na drodze robi z nich ślimaki, które wygrażają ludziom, którzy ich wyprzedzają i mają na tyle umiejętności, że potrafią nawet na śliskiej nawierzchni poruszać się z prędkością ponad 30 km/h.
Jedyna rzecz, która mi dzisiaj poprawiała nastrój to kawałek w którym wreszcie doczekałem się powrotu Dr Dre. Wreszcie.


Ciągota alkoholowa usprawiedliwiona

poniedziałek, 9 marca 2009
Dość świadomie opuściłem BMW Winter Day 2009, który odbył się w dniu, w którym kobiety dołaczają do górników, hutników, elektromonterów i temu podobnych grup, które obchodzą hucznie swoje święto. Teraz żałuję i chyba idę się uchlać. Właśnie dopadła mnie wiadomość, że BMW E36, którą tyle razy stawiałem boka w bardzo dziwnych miejscach (m.in. na podwórzu wewnętrznym poprawczaka pod Łodzią) stanęła w płomieniach i dość poważnie spłonęła.
Olo, życzę Ci byś jak najszybciej odbudował autko i by "bitwa pod Grunwaldem 1410 r." którą na stałe gościłeś w bagażniku, znów wróciła na nasze drogi.
A ja tymczasem idę się upić. To zbyt smutne, zwłaszcza gdy, dzięki youtube.pl można obejrzeć wszystko nieomal jak w TVP (brak tylko Szaranowicza).



Dzień Kobiet

niedziela, 8 marca 2009
Najpierw będę poważny. A więc szanowne Czytelniczki tego bloga, a także cała rzeszo przyszłych dopiero czytelniczek tego miejsca, chciałbym Wam wszystkim życzyć w Waszym dniu wszystkiego czego same byście sobie życzyły. No, tyle tytułem poważnego wstępu, a teraz jako, że jest to święto uchodzące ni mniej, ni więcej tylko za popłuczynę po PRL-u czas przejść na czerwony kolor.

Szanowne Towarzyszki, które razem z męską częścią społeczeństwa budujecie socjalistyczny raj na ziemi, dla niewtajemniczonych zwany Polską. Nieistotne jest, czy Polska jest Ludowa, zwana III czy nawet IV RP. Wam, drogie Towarzyszki zaś niezależnie od układów i frakcji politycznych życzenia dziś należą się niczym ten obowiązkowy goździk.
Do pięknego w swej krasie i nieśmiertelności kwiatka pragnę dołączyć Wam, życzenia zdrowia
Życzę Wam także facetów, którzy nie będą ślepi na Wasze potrzeby
No i co rzecz jasna ostatnio, w pędzie do kasy najważniejsze, życzę Wam rozlicznych sukcesów w życiu zawodowym.
NAJLEPSZEGO!

Za szybki się wściekł na chwilkę

sobota, 7 marca 2009

Pokahontaz - za szybcy sie wsciekli
Załadował: kosa13a
To tak a propos mojego dzisiejszego wieczoru. Dobra rada - nie zgłaszajcie się na ochotnika, który trzeźwo i bezpiecznie będzie woził pijące towarzystwo z Warszawy. Idzie się wściec i stać cholernym ksenofobem, rasistą i ogólnie zwyczajną świnią. No. Ja już się wściekłem i jestem chyba za szybki...

Zmęczenie

Jakoś tak wyszło, że wreszcie wróciłem do Łodzi. Nie mogę powiedzieć, żeby było źle. Dobrze też nie jest. Wreszcie mogę się nazwać człowiekiem pracującym pełną gębą! Nawet, co więcej, mogę nazwać się porządnie przeszkolonym człowiekiem pracującym. Dość tego bo zaraz uznam, że jestem kobieta pracująca i żadnej pracy się nie boję, a to już byłoby mocne przegięcie. Powitano mnie serdecznie w gronie pracowników krakowskiej firmy, przeszkolono mi, wręczono mi także niezbędne narzędzia i no cóż. Wsadzono mnie w Skodę Fabię. Rozpacz, łamane przez tragedię - zwłaszcza, że nie tak dawno temu wspominałem o moim odczuciu co do czeskiego Polo. Ale aby nie było tak tragicznie, muszę przyznać że jeżdżę nią i nawet mocno nie bluźnię.
Powrót do Łodzi i przesiadka, do mojej starej dobrej E28 był czymś fenomenalnym. Przywrócił mi wiarę w samochody. Swoją drogą - dzięki talentom lingwistycznym i szybkiej nauce języków bez trudu podłapałem krakowski akcent. Śpiewam a nie mówię, czym wkurzam nawet samego siebie.

Jutro napiszę coś bardziej kreatywnego, a na razie uraczę Was wszystkich pamiątkowym zdjęciem z Kopca Kościuszki, a domyślni będą już wszystko wiedzieli.

Irytacja

poniedziałek, 2 marca 2009
Oto dostałem kolejny przykład na to, ze pociągi śmierdzą. I są fatalny środkiem komunikacji. Misja dostania się z Łodzi do Krakowa w godzinach popołudniowych jest niewykonalna w sposób prosty, łatwy i przyjemny. Koszmar. Zeby pokonać tą niewielką odległość, którą samochodem pokonuje się w niecałe dwie i pół godziny, trzeba się mocno nacierpieć! Są dwie możliwe do wykonania opcje. Po pierwsze: Łódź - Koluszki - Katowice - Kraków - tułanie się pociągiem osobowym w którym zawsze śmierdzi i nie jest zbyt fajnie, a potem klasycznym pośpiesznym. Z podróży, która zajmuje 2h 30min robi się prawie 7 godzinny wojaż. Druga opcja to połączenie przeze mnie wybrane. Łódź - Warszawa - Kraków - łódzko-warszawski tramwaj, a potem połączenie ekspresowe. Ale to i tak, i tak robi się cholernie długie ponad 4h na szynach. Nonsens. Nonsens. Nonsens. Jeśli ktoś będzie Was prosił, byście dostali się do Krakowa za pośrednictwem pociągu naostrzcie bagnet i nie miejcie skrupułow. On będzie miał na 1000% niezły ubaw z Was, że zamiast autem jedziecie puszką na szynach. Jedyne co daje odetchnąć w podroży, to muzyka. Polecam: